SoloJuve.com - Vortal Fanów Juventusu Turyn - Juventus Online - Feci, quod potui, faciant meliora potentes
 
1. Inter 38 +43 85
2. Roma 38 +35 82
3. Juventus 38 +35 72
4. Fiorentina 38 +16 66
5. Milan 38 +28 64

Zarejestruj sie
Feci, quod potui, faciant meliora potentes
Feci, quod potui, faciant meliora potentes.*


To nic odkrywczego, ale zawsze i nieodmiennie zdumiewam się w momencie konstatacji pewnej ułomności naszej natury. Otóż przejawiamy jako ogół inklinacje do postrzegania własnych niepowodzeń jako rezultatu splotu pewnych - zazwyczaj niekorzystnych - okoliczności, podczas gdy w ocenie porażek innych często już tak „wyrozumiali" nie jesteśmy. W żadnym wypadku moim zamiarem nie jest w tym miejscu orzekać, czy to dobrze czy wręcz przeciwnie. Ot po prostu taka jest konstrukcja naszej psychiki. Jednak ten przypadek braku krytycyzmu w myśleniu (zresztą jak każdy inny) zaczyna być dla mnie swoistym „dyskomfortem" w momencie, gdy staje się on przyczyną „jednomyślności" dużej grupy osób w określonej kwestii. Bowiem lenistwo umysłowe choć samo w sobie nie jest niczym groźnym, często takim staje się w połączeniu z instynktem stadnym.


Oczywiście jako niepoprawny egocentryk nie widzę potrzeby pochylania się nad problemem kondycji mentalnej gatunku ludzkiego, bo w wystarczającym stopniu zajmują mnie moje własne dziwactwa. Tym niemniej trzeba było coś uczynić tematem niniejszej pisaniny, a że sposoby stykania się ze sobą neutronów w moim mózgu mogłyby (poza moimi najbliższymi) zainteresować wyłącznie kilku specjalistów z zakresu psychologii klinicznej, postanowiłem dokonać wiwisekcji „wyobraźni zbiorowej" kibiców Starej Damy. Stąd i taki wstęp właśnie, który sugerowałby, że autorowi chodzi o coś więcej niż tylko o pretekst do grafomańskich wynurzeń, jakkolwiek by się rzeczy naprawdę miały.


Cóż więc może zajmować dzisiaj „biało-czarne" umysły, skoro sezon ma się ku końcowy, niemal wszystkie karty zostały już w tych rozgrywkach rozdane, a najwięksi rywale pozostali dawno pokonani w polu? Odpowiedź może być tylko jedna: zbliżające się ogromnymi krokami mercato. A jeśli mercato, to nieodmiennie związana z nim karuzela nazwisk, zaś wśród nich jest jedno, które jak żadne inne rozpala umysły sporej części Juventinich, a mianowicie Alessio Secco. Nie pomylę się, gdy napiszę, iż wielu fanów Starej Damy „wytransferowałoby" naszego dyrektora sportowego najchętniej w okolice Plutona (pod warunkiem, iż wiedzą oni o istnieniu tego ciała niebieskiego). Bez cienia wątpliwości jego osoba pobudza u wielu z Nas zmysł podróży tj. na myśl o nim wyobraźnia ucieka w rozmaite części galaktyki w poszukiwaniu najbardziej ciemnej i smutnej jej części, by tam zesłać tą największą - zaraz po Calciopoli - „katastrofę" w historii klubu z Turynu. Czymże jednak zasłużył sobie Secco na taki los? Choć odpowiedź „wszystkim" jest przekonująca i niewątpliwie przesądzająca o winie tego działacza, to jednak przy tym chyba zbyt ogólna, dlatego zadam sobie - pewnie niepotrzebnie - trud zrekonstruowania „grzechów głównych" dyrektora sportowego turyńskiego klubu. Otóż większość z oponentów tego mężczyzny na jednym wydechu wymieni spektakularne porażki transferowe (Tiago, Almiron) oraz próbę sprzedaży przed sezonem Chielliniego. Jeśli do tego dodamy, iż powszechnie wiadomym jest, iż Włoch miast drobnych w kieszeni nosi węża, to obraz marność jego jestestwa jawi się nam w pełnej okazałości.


Historia rodu Secco nie jest mi bliżej znana, więc nie dysponuję stosowną wiedzą na temat miejsca pochodzenia przodków naszego dyrektora sportowego, tym samym nie mogę autorytarnie wykluczyć, iż nie bierze on swojego początku ze Szkocji. Ale jeszcze na tyle mi zdrowego rozsądku staje, by nie traktować poważnie wszystkich tych, których irytuje rzekome skąpstwo Włocha. Wprawdzie wyobraźnię mam sporą, ale nie potrafię zrozumieć faktu, że choć wielu z najgłośniej gardłujących o tej przypadłości Secco do dzisiaj jeszcze ma okazję na własnej skórze odczuwać skutki „gospodarki księżycowej", którą serwowała nam władza ludowa przed 89-tym rokiem, to nadal w tym zakresie preferuje myślenie życzeniowe. Wszak oczywistym jest chyba dla każdego (tak mi się przynajmniej wydawało), iż ten człowiek działa w ramach przydzielonych środków, które bynajmniej nie są wydzierane z jego krwawicy. Oczywiście wielkość tego budżetu w jakimś tam stopniu może zależeć od jego determinacji w negocjacjach z zarządem (a jeszcze rada nadzorcza musi to klepnąć), ale finalny rezultat w dużo większym stopniu to pochodna innych czynników, jak chociażby sytuacji finansowej przedsiębiorstwa, priorytetów inwestycyjnych (na ten przykład: budowa nowego obiektu sportowego) i tym podobnych „drobiazgów". Jednak niektórzy zdają się nie pamiętać tego, co kilka lat temu stało się udziałem Violi z powodu niegospodarności jej władz klubowych - pieniądze mają się znaleźć, choćby oznaczało to tym samym, iż Gigli i spółka dokonają jakiegoś spektakularnego przekrętu lub przynajmniej obrabują kilka majętnych staruszek (koniecznie z udziałem niebezpiecznego narzędzia). Dlatego tym wszystkim, którzy narzekają, iż Secco „znowu poskąpił grosza", sugerowałby, by założyli fundusz na rzecz transferów ich ukochanego klub i przekazywali nań wszystkie posiadane środki, co by Juventus rósł w siłę, a piłkarzom żyło się dostatnio. Jednak gwarantuję, że gdyby nawet bohater tego felietonu dołączył do tego szacownego grona i całość swoich apanaży oddawał na ten zbożny cel, to zapewne nie uzbierałby się jakiś pokaźny trzosik.


Nad rzekomymi wpadkami transferowymi nie zamierzam specjalnie się pochylać, bo wystarczająco dużo w tym względzie zostało już powiedziane. Na chwilę zatrzymam się akurat przy tym transferze, który na szczęście nie doszedł do skutku. Otóż latem niewiele brakowało (choć pewności nie mamy, bo poruszamy się w obrębie jedynie przypuszczeń), by na Wyspy przeniósł się nasz najlepszy defensor, Giorgio Chiellini. Rzeczywiście byłaby to strata ogromna, której - jak wyraźnie widać z perspektywy czasu - nie zrekompensowałaby żadna kwota odstępnego. Jednak czynnik czasu jest tu bardzo istotny i nie przypadkowo go podkreślam, ponieważ dopiero w tym sezonie Giorgio, który dotąd uchodził za bardzo utalentowanego zawodnika, wyrósł na czołowego defensora ligi włoskiej. Jednak co ważniejsze: często zapomina się, że pogłoski o możliwości przeprowadzki do klub z Manchesteru pojawiły się w okresie, gdy na forum publicznym odbywały się połajanki między graczem i nowym szkoleniowcem ekipy z Turynu. Odległa to i niezbyt chwalebna historia, więc nie warto specjalnie do niej wracać. Faktem jednak jest, iż młody Włoch wydawał się być mocno przekonany do angielskiego opcji i wielu spodziewało się, że za wszelką cenę będzie chciał opuścić swój dotychczasowy klub. Zaś propozycja Anglików było bardzo kusząca za tego - w tamtym czasie - „tylko" niewątpliwie utalentowanego gracza. Jednak kto by zwracał uwagę na takie detale, tym bardziej, że psują jak dotąd klarowny obraz.


Przywołałem tę historię celowo, jako egzemplifikację pewnego szerszego zjawiska. Otóż po raz kolejny okazuje się, że świadomość kibica często bywa totalną tj. z wielkim trudem włączane są w jej obręb fakty nie do końca pasujące do uprzednio przyjętego schematu myślowego. Kolejnym doskonałym przykładem tego fenomenu, który warto przypomnieć, jest casus niejakiego Wincentego I. Otóż przybycie zeszłego lata tego piłkarza do Turynu w opinii sporej grupy Juventinich postrzegane było, jako kolejny dowód dyletanctwa Secco. Rzeczywistość szybko zweryfikowała opinię na temat tego gracza, a w związku z tym pojawiła się paląca potrzeba usunięcia tego dysonansu i tym sposobem powstała teoria, jakoby „protoplastą" tego transferu był już legendarny Luciano Moggi. Jednak przy takim stawianiu sprawy od razu przechodzi mi ochota na jakąkolwiek dyskusję.


Żeby być dobrze zrozumianym - ten już przysłowiowy „chłopiec do bicia" nie jest moją ulubioną postacią w bajeczce pod tytułem „Juventus". Można mieć bowiem sporo zastrzeżeń do pracy tego działacza (jednak nie jest w tej chwili moim zamiarem dostarczanie kolejnych argumentów na rzecz tezy o jego nieudolności), ale warto krytykować z głową, a jeśli ktokolwiek w zapędzie polemicznym mimo wszystko czuje nieodparty przymus strzelenia sobie we własną stopę, nie zaszkodzi by przy tym zastanowił się, czy musi to być od razu moździerz, bo może lepiej w tym celu nada się damski pistolecik.


Tak naprawdę sam mam prawdziwy problem z określeniem mojego stosunku do osoby naszego dyrektora sportowego, ale z nieco innych powodów. Chodzi tu głównie o brak odpowiedniej wiedzy, która pozwoliłaby mi zrozumieć naturę jego umocowania w strukturach Juventusu, zdefiniować dokładnie pole jego klubowej aktywności oraz przede wszystkim zakres autonomii w podejmowaniu ewentualnych decyzji. Bowiem odnoszę czasami nieodparte wrażenie, że ten mężczyzna o bardzo przyjemnej aparycji jest wykonawcą nie do końca własnej polityki transferowej, firmując swoją twarzą i nazwiskiem działania innych osób. Jednak nie bez przyczyny przywołałem przed momentem kwestię jego „zewnętrzności", ponieważ jego niewątpliwy urok osobisty, na pozór „miękki" sposób bycia i wyważony sposób wypowiadania swego zdania, mógł przyczynić się do sukcesu w niełatwych negocjacjach z naszymi Mistrzami ostatniego lata. Przychylam się do opinii tych wszystkich (choć życie uczy, że akurat w tych sprawach łatwo o pomyłkę), którzy uważają, że Secco odegrał w nich niepoślednią rolę jako mediator między stronami sporu - to ostatnie słowo może jest w tym kontekście nieco za mocne, choć w przypadku poziomu emocji towarzyszących „rozmowom" z naszym francuskim snajperem można by z kolei użyć bardziej dosadnego. Tym niemniej niezaprzeczalnym jest fakt, że przed tym sezonem władzom Starej Damy z mniejszym lub większym udziałem Secco udało się zatrzymać w klubie wszystkich naszych Czempionów. I moim zdaniem tylko to wystarczy, by wierchuszka klubu z Turynu mogła chwilowo zasypiać spokojnie, bowiem niewątpliwie miał rację Marcello Lippi, twierdząc przed rozpoczęciem obecnych rozgrywek, iż „najlepszymi zakupami" Juventusu byli Gianluigi Buffon, Alessandro Del Piero, Pavel Nedved oraz Mauro Camoranesi. Jeśli Ci piłkarze zaufali w projekt odbudowy WIELKIEGO JUVENTUSU autorstwa naszego zarządu i to czasami godząc się na obniżenie swoich apanaży, to i mnie nie wypada nie poczekać troszkę na realizację tych obietnic. Inaczej pozostaje mi przyjąć do wiadomości, że nasi Mistrzowie to grupa naiwniaków, która da się omamić byle hochsztaplerowi lub w najlepszym wypadku banda sentymentalnych głupców.


I tym sposobem zbliża się moment, do którego zmierzał cały ten przydługi wywód. W gruncie rzeczy istota problemu sprowadza się do banalnej konstatacji: otóż nie podlega wątpliwości fakt, iż Juventus to klub niezwykły, ale i czasy niestety nastały dla niego wyjątkowe. Bowiem jeszcze kilka lat temu chyba nawet największy sceptyk nie przypuszczał, iż doczeka chwili, gdy kibicom najbardziej utytułowanej włoskiej drużyny przyjdzie się frasować zagadnieniem „listy płac" turyńskiego kolosa. Wystarczy przypomnieć, iż przed aferą Calciopoli przeciętny Juventini zachodził w głowę w kwestii tego, który z wielkich graczy dołączy w zbliżających się rozgrywkach do ekipy Starej Damy, podczas gdy ostatniego lata przyszło nam wszystkim zamartwiać się problemem zachowania dotychczasowego „stanu posiadania". Ta rewolucja w priorytetach klubowy z całą dobitnością uświadomić powinna każdemu, jak diametralnie zmieniła się sytuacja Starej Damy w tak krótkim czasie. Dlatego warto w tym miejscu przywołać ponoć jedno z największych przekleństw w chińskiej kulturze, które brzmi następująco: „Obyś żył w ciekawych czasach". Nie wiem, czy powiedzenie to znane jest naszemu dyrektorowi sportowemu, ale podejrzewam, że byłby on w stanie świetnie je zrozumieć. Bowiem z jednej strony wydarzenia sprzed 2 lat wyniosły go bardzo wysoko w hierarchii jednego z największych „przedsiębiorstw" piłkarskich. Pech jednak chciał, że sytuacja „firmy" - za sprawą logiki tych samych wydarzeń - była krańcowo odmienna od tej znanych z lat ubiegłych. Niestety - dla samego Secco rzecz jasna - nie da się tego powiedzieć o aspiracjach kibiców, co w sumie nie dziwi, bo tradycja do czegoś zobowiązuje. Tym niemniej cuda są dzisiaj towarem deficytowym, o czym boleśnie przekonuje się dziś łaskawie nam panujący Donald Tusk.


Mimo to daleki jestem od pesymizmu charakterystycznego dla części Juventinich, którzy niczym pies Pawłowa reagują na dźwięk słowa „Secco" natychmiastowym popadnięciem w stan skrajnego przygnębienia. Jednak moje dobre samopoczucie nie wynika bynajmniej z faktu właściwego wspomagania farmakologicznego, nie jest też rezultatem wiary w nieprzeciętne umiejętności bohatera tego tekstu. Akurat tak się złożyło, iż w czasie, gdy myślałem o tym felietonie, inny przedstawiciel władz Juventusu (konkretnie dyrektor generalny Jean-Claude Blanc) przypominał - prawdopodobnie mimowolnie - o rzeczy niezwykle istotnej. Otóż Francuz wyraził ostatnio obawę o przyszłość takich klubów jak Inter, AC Milan czy Chelsea w momencie, gdy zabraknie ich dotychczasowych „dobroczyńców". Oczywiście pytanie to było ze wszech miar retoryczne, bowiem dalsze losy wspomnianych drużyn zapewne w niewielkim stopniu zajmują Blanca. Chciał on jedynie w ten sposób podkreślić odmienność drogi obranej przez turyńskiego giganta i choć zapewne nie było zamiarem Francuza eksponowanie tego faktu, ale rzeczywiście Stara Dama wydaje się być skazana na sukces, by użyć tego wyświechtanego powiedzenia, niezależnie od tego, kto stoi u steru tego wielkiego klubu.


Nie czas i miejsce jest na to, by roztrząsać powody tego swoistego „fatum", ale niezaprzeczalnym jest fakt, iż dzięki temu udało się Juventusowi przetrwać - wprawdzie nie bez dużych wstrząsów, ale też mimo wszystko w nadspodziewanie dobrej kondycji - największy kryzys w dziejach klubu, jakim niewątpliwie była degradacja do niższej klasy rozgrywkowej. Zaś przy tych ostatnich wydarzeniach ewentualne dyletanctwo naszego dyrektora sportowego jawi się jako niewinna igraszka. Tym bardziej, że póki co poczekałbym z ostateczną oceną dokonań tego pana. Zwłaszcza, że na szczęście wszystko zdaje się iść ku lepszemu i niedługo nadarzy się ku temu stosowna okazja, bo już najbliższe marcato będzie prawdziwym testem dla naszej wierchuszki klubowej i dopiero wtedy można będzie z dużo większą dozą pewności wyrokować o kompetencjach naszego dyrektora sportowego, czy nawet całego zarządu. Bo choć nadal ciężko oczekiwać istnej orgii zakupów, to jednak czas łatwych usprawiedliwień na szczęście mija bezpowrotnie. Mimo to pamiętać nadal trzeba o tym, iż znajdujemy się dopiero na początku drogi wiodącej z powrotem na miejsce nam przynależne, więc choć naturalnym jest, iż apetyt rośnie w miarę jedzenia, to z drugiej strony chyba wszyscy wiemy pomni nauki najpopularniejszego obrządku w tym kraju, iż brak umiaru w tym względzie należy do grzechów głównych. Zaś pełny żołądek jest niczym wobec czystego sumienia. Do refleksji.

* Zrobiłem, co mogłem, ci, którzy potrafią, niech zrobią lepiej.
 

Czy fuzja 3 serwisów o Juve była dobrym posunięciem?