Marco Tardelli

Marco Tardelli

 Urodzony 24 Września 1954 roku w Capanne di Careggine , blisko toskańskiegomiasta Lucca rozpoczął swoją karierę jako stoper w grającej w Serie C Pizie. Podwóch latach podczas których zaliczył 41 występów strzelając 4 bramki  przeniósł się do grającego w Serie B Como (36występów, 2 bramki) a następnie już po roku do najwyższej klasy rozgrywkowej –Serie A. Upomniał się o niego sam wielki Juventus. Już po jednym sezonie wbiało-czarnej koszulce zadebiutował w reprezentacji w meczu przeciwkoPortugalii. Taki początek kariery zwiastował naprawdę świetlaną przyszłość i taokazała się bardziej łaskawa niż ktokolwiek mógłby przypuszczać.W “StarejDamie” Tardelli spędził 10 niezapomnianych lat. Pierwszy sezon pobytu w klubiez Turynu przeszedł bez sukcesów, jednak już w drugim Tardelli wraz z kolegamimógł świętować zdobycie Mistrzostwa Włoch. W sumie zdobył to trofeum jeszczeczterokrotnie, dokładając na domowym podwórku jeszcze dwa Puchary Włoch.  Jednak tonie z tytułów zdobytych we Włoszech zasłynął Marco Tardelli. Jego imię zostałozapisane w historii piłki nożnej jako tego, który zdobył wszystkie EuropejskiePuchary. Puchar UEFA w roku 1977, Puchar Zdobywców Pucharów oraz SuperpucharEuropy w roku 1984 i , co najważniejsze, Puchar Europy w roku 1985. To był tensam Juventus co Michel’a Platini’ego. Marco Tardelli rozegrał 259 meczy igrając jako pomocnik strzelił 35 bramek. Był jednym z najlepszych defensywnychpomocników w swoich czasach. W szczytowej formie był najtwardszym piłkarzemEuropie, istną twierdzą środkowej formacji. Był sławny dzięki swoim ostrymwślizgom, nigdy nie cofał nogi, ale też nigdy nie naraził żadnego piłkarza nakontuzję. Jego zaangażowanie w grę nie podlega dyskusji. Nie było drugiegotakiego piłkarza, który byłby niemal wszędzie gdzie jest piłka.  Mimo roli jaką pełnił na boisku ten piłkarz zLucci pozwalał sobie na dość częste ataki. Miał osobliwy talent do wparowywania(bo inaczej tego nie można nazwać) w pole karne przeciwnika i strzelania bramek,tak jak choćby  w pozbawiającym Anglięzłudzeń meczu wygranym 1-0 właśnie dzięki samodzielnej akcji Tardelli’ego. Innyważny gol Marco to trafienie trzy lata wcześniej w 1977 roku w finale PucharuUEFAdo siatki Athletic Bilbao. Tardelli strzelił jedyną bramkę w Turynie, na wyjeździe  Juventus przegrał 1-2 i dzięki lepszemubilansowi bramek na wyjeździe Puchar pojechał do Turynu. Jego nagłe wypady doprzodu spowodowały, że nadano mu przezwisko „Schizmo” czyli „Poryw”. Zaczynałjako stoper, Giovanni Trapattoni przemianował go na pomocnika, a ten strzelałbramki jak na zawołanie – chciałoby się powiedzieć piłkarz wszechstronny, wręczidealny. I w przypadku Marco nie będzie to nawet najmniejszą przesadą. Czasjednak wrócić do samego przebiegu kariery. A w tej bardzo ważną rolę odegrałatakże reprezentacja. Młody 21 letni Marco został powołany przez Enzo Bearzot’ana wspomniany wcześniej mecz z Portugalią (7 IV 1976). Trener szukał nowychrozwiązań dla drużyny po blamażu w 1974 roku i Tardelli zdawał się idealniepasować do jego nowych planów. Już w pierwszym meczu młody Marco zaskoczyłwszystkich swoją dojrzałą grą na Stadio Komunale. Azzurri wygrali 3-1 a„Schizmo” stał się jednym z ulubieńców Bearzot’a. Pojjechał z drużyną naMistrzostwa ?wiata w Argentynie. W pierwszym meczu dokonał nie lada wyczynu- tak dobrze przypilnował maestro Platini’ego , że ten był całkowicie wyłączonyz gry. Zagrał w 6 z 7 spotkańrozegranych przez Włochów i walnie przyczynił się do awansu do finałowejczwórki, w co szczerze wątpiono przed finałami.  Dwa lata później wszyscy oczekiwali, że Włosigrając u siebie zdobędą Mistrzostwo Europy. Tak się jednak nie stało i jedyniemarnym pocieszeniem jest, że sam Tardelli wtedy nie zawiódł. Potwierdzeniem jego ogromnego talentu i formy stały się Mistrzostwa ?wiata w Hiszpanii. Pierwsza runda bardzo niemrawa w wykonaniu Włochów (3 remisy) nie pozwalała upatrywać w nich końcowych zwycięzców. A jednak w meczu z Argentyną nastąpił przełom i to w jakim stylu! Tardelli jak to miał we krwi rozpoczął akcję w środku boiska, wparował w pole karne przeciwnika, otrzymał genialne podanie od Paolo Rossi’ego i huknął z prawej nogi zza pola karnego. Fillol, bramkarz Argentynczyków był bezradny przy tym strzale. Było 1-0 a cały mecz Włosi wygrali 2-1 awansując do kolejnej rundy. Tam czekała już reprezentacja Polski. Jednak niesieni poprzednim zwycięstwem Włosi byli jak w transie i po dwóch golach Rossi’ego wygrali 2-0. Nadszedł więc pamiętny finał z Niemcami Zachodnimi. W bramce Zoff, w obronie Gentile, Scirea, Collovati, Bergomi , pomoc to Cabrini, Oriali, Conti  oraz nasz Tardelli a atak Rossi i Altobelli. W pierwszej połowie Włosi marnują karnego, ale w drugiej ich dominacja nie podlega dyskusji. Najpierw w 57 Rossi i można było zaczynać się cieszyć. W 69 minucie przyszedł czas na Tardelli’ego który tak ucieszył się ze swojej bramki, że aż się popłakał. Zdjęcie Marco podnoszącego w triumfie ręce do dzisiaj elektryzuje i wzbudza ogromne emocje, nie tylko u Włochów. Niemców dobił w 81 minucie Altobelli, potrafili oni tylko raz odpowiedzieć i pokonać Zoff’a. 3-1 i Puchar ?wiata wraca po 44 latach do Włoch. Marco Tardelli zagrał w reprezentacji w 81 spotkaniach, podobnie jak FrancoBaresi i Giuseppe Bergomi. Jest więc czwartym zawodnikiem w historii Włoch podwzględem ilości występów w reprezentacji, wyprzedzają go jedynie Paolo Maldini, Dino Zoff i Giacinto Fachetti.Trzy lata po tym triumfie przyszedł czas na zmiany w barwach klubowych dlaTardelli’ego. Po 10 latach spędzonych w Juventusie, zdobyciu z tym klubemwszystkiego co możliwe , po przeżyciu ze Starą Damą tragedii na Heysel  w 1985 zdecydował się na przeprowadzkę doInteru. Najlepsze mecze rozegrał w biało-czarnej koszulce i miał je jużwszystkie za sobą. Z Interem nie pokazał już nic wielkiego i zaliczając 43występy po sezonach gry odszedł. Karierę zakończył w Szwajcarii w 1988 rokugrając przez sezon dla San Gallo. Po tym epizodzie definitywnie zawiesił butyna kołku i....zajął się trenerką.  Był trenerem kadry U-16 , nie udały mu się jednak próby trenowania klubów.Ani z Ceseną ani z Como nic nie osiągnął więc wrócił do FIGC i zaczął asystowaćCesare Maldini’emu ówczesnemu trenerowi reprezentacji Włoch. W 1998 przejąłster Azzurinich i doprowadził ich do Młodzieżowego Mistrzostwa Europy.  Później były Inter oraz Bari – bez sukcesów. I kiedy wydawało się, że jego przygoda z piłką dobiegła końca na horyzonice po raz kolejny pojawił się klub, któremu Marco poświęcił 10 lat swojej kariery. IFIL, właściciele Juventusu, zaproponowali mu posadę w Zarządzie klubu. Wprowadzenie w to grono byłych gwiazd klubu miało być sposobem na większą wiarygodność wśród kibiców. I mimo, że nie udało się nakłonić ani Baggio, ani Vialliego, to i tak obecność samego Marco, pozwala setkom tysięcy kibiców spać o wiele spokojniej, niż gdyby byli tam sami biznesmani. Dziękujemy Marco!
0
595
Paolo 'Pablito' Rossi

Paolo 'Pablito' Rossi

Paolo Rossi jestzawodnikiem, który zdobył trzecie Mistrzostwo Świata dla reprezentacjiWłoch. W drodze do finału jego golezburzyły marzenia genialnych Brazylijczyków i walecznych Polaków. W finaleprzeciwko Republice Federalnej Niemiec to właśnie Rossi rozwiązał worek zbramkami, których Włosi strzelili w sumie aż trzy. Napastnik z Toscanii zostałkrólem strzelców mundialu z 1982 roku, całkiem niezły wynik biorąc pod uwagęto, że nie udawało mu się znaleźć drogi do bramki przeciwników przez pierwszecztery spotkania.Jego postawa naboiskach Hiszpanii zapewniła mu pewne miejsce w historii zarówno włoskiej jak iświatowej piłki. Co ciekawe Rossi miał wiele szczęścia , że w ogóle pojechał nate mistrzostwa. Po tym jak w 1978 roku zwrócił na siebie uwagę na mistrzostwachw Argentynie, już rok później miał bardzo poważne problemy i nie wiadomo czyszczęśliwie czy nieszczęśliwie nie o zdrowie tutaj chodziło. W 1979 roku, będącwówczas jeszcze piłkarzem Peruggi wraz zkilkoma innymi zawodnikami tego klubu został oskarżony o ustawienie wynikumeczu przeciwko Avellino, który sensacyjnie zakończył się wynikiem 2-2. Jednak dla Rossiego wynik był zupełnie inny –dokładniej mówiąc, 3 lata zawieszenia. Tylko dzięki apelacji udało się ten czasskrócić o rok.Paolo mógł ponowniewybiec na murawę dopiero na dwa miesiące przed Mistrzostwami ?wiata. Nikt niespodziewał się , że selekcjoner reprezentacji Włoch Enzo Bearzot postawi na będącego bez formy fizycznej i wwątpliwej formie piłkarskiej Rossiego. Trener miał jednak w pamięci wspaniałewystępy Rossiego sprzed 4 lat i biorąc przykład z Juventusu , który podpisał zRossim kontrakt tuż przed zakończeniem kary, zaufał mu i zabrał na największeświęto piłkarskiego świata. "Wiedziałem,że jeśli nie wezmę Rossiego do Hiszpanii - tłumaczy Bearzot - nie będę w stanie wykorzystaćcałego naszego potencjału w polu karnym. W tej części boiska Rossi był fantastyczny, niesamowicie szybki , zawszegotowy by po zwodzie balansem ciała szybko znaleźć się daleko za plecamiobrońców. W ataku ważne jest by mieć szybkiego napastnika. Nie musi być wysoki,ale musi być wystarczająco szybki by maksymalnie wykorzystać siłę naszychkontrataków”Z początku wydawałosię, że Bearzot ogromnie się pomylił. Rossiemu nie udało się pokonaćMłynarczyka w pierwszym meczu przeciwko Polsce, który zakończył się  remisem0-0. W drugim meczu, przeciwko Peru (1-1) został zmieniony na początku drugiejpołowy po tym jak w pierwszej zupełnie nic nie pokazał. W trzecim meczu, tymrazem przeciwko reprezentacji Kamerunu jedynie asystował przy bramce FrancescoGraziani’ego w 60 minucie. Na nic się to jednak zdało bo już w następnej akcjilegendarny Roger Mila ustalił wynik spotkania na 1-1. Szczęście jednakuśmiechnęło się do Włochów i dzięki lepszemubilansowi bramkowemu to oni, a nie Kamerun uplasowali się za ReprezentacjąPolski i awansowali do następnej rundy. Mimo tego gorące głow z Włoskiej prasydomagały się głowy Bearzot’a , a przede wszystkim odsunięcia Rossiego odpierwszej jedenastki.By dostać się dofinałowej czwórki Włosi musieliby wygrać z ówczesnymi Mistrzami Świata –Argentyną, oraz z zawsze groźną Brazylią. Bearzot znów wystawił Rossiego i tenco prawda bramki nie strzelił , ale popisał się dobrą grą a Włosi wygrali 2-1.Brazylijczycy wygrali z Argentyną 3-1, a więc włosi by awansować musielipokonać Canarinhos w następnym meczu, remis dawał awans drużynie z AmerykiPołudniowej.I jak się okazałobył to mecz, w którym talent „Pablito” eksplodował, i to jak eksplodował. Rossirozegrał jeden z najwspanialszych meczy w karierze strzelając Brazylijczykomhat-trick a tym samym wykopał Canarinhos z turnieju. Pierwszego gola strzelił zgłówki już na pięć minut po pierwszym gwizdku sędziego. Po chwili Brazylijczycywyrównali , ale już kilka akcji później nie ustrzegli się błedu w obronie ,który z zimną krwi wykorzystał Rossi. Brazylijczycy wyrównali jeszcze i tymrazem, ale na trzeciego gola w wykonaniu „Pablito” nie znaleźli odpowiedzi.Nie zaskakują więcsłowa Rossiego, w których mówi , że pierwszy gol przeciwko Brazylii był jednymz najważniejszych jakie strzelił w całej swojej karierze. „ Ten gol wyzwoliłmnie z psychicznej niemocy i wzmocnił moją motywację. Jak każdy napastnik –jeśli strzelisz jednego gola, czujesz pragnienie kolejnych trafień” W półfinaleprzeciwko Polsce Rossi znów strzelił wszystkie bramki dla Włochów. Azzurriwygrali z Biało-czerwonymi 2-0. W finale natomiast otworzył dla Włochów worek zbramkami strzelając na 1-0 przeciwko RFN. Później Włosi dorzucili jeszcze dwiebramki, a Niemców stać było tylko na honorowe trafienie. Jeszcze w tym samymroku Rossi został wybrany Najlepszym Piłkarzem grającym w Europie. Wszyscyzapomnieli o włoskich artykułach z początku mundialu, Rossi pokazał swąwielkość.Rossi uczył sięswego zawodu w Juventusie. Jednak jeszcze przed 18tką jego kariera stanęła podwielkim znakiem zapytania - usunięto mu chrząstki z obydwu kolan. Na szczęście nie uniemożliwiło mu todalszych treningów. Został wypożyczony do Como i to właśnie wbarwach zespołu z Lombardii zaliczył swój debiut w Serie A w listopadzie 1975roku.Następnie Juventussprzedał połowę karty zawodnika do drugoligowej Vicenzy. Dla zawodnika torozwiązanie okazało się bardzo pomyślne. To tu wyrobił sobie nazwisko, wpierwszym sezonie (1976-77) w barwach Biancorossich (bo białoczerwonych glupiobrzmi) strzelił aż 21 bramek i walnie przyczynił się do awansu zespołu donajwyższej klasy rozgrywkowej. Jednak tonie był koniec przygody z Vicenza. W kolejnym sezonie zespól trenera GianBattisty Fabriego okazał się rewelacją rozgrywek i ukończył zmagania na drugimmiejscu, tuż za Juventusem. Poza wicemistrzostwem do Vicenzy powędrował jeszczejeden tytuł, tym razem indywidualny – tytuł króla strzelców Serie A. Otrzymałgo za zdobycie 24 bramek nie kto inny , a właśnie Paolo Rossi. Po sezoniewszystkich zaskoczyła informacja, że to nie Juventus a Vicenza stała sięwłaścicielem całej karty zawodnika. Zapłaciła za niego 1,75mln funtów, ogromnąw tych czasach kwotę, która niemal zrujnowała klub. Mimo, że Rossi odpłacił sięstrzeleniem 15 goli w kolejnym sezonie, nie uchroniło to Vicenzy od powrotu doSerie B. Mimo, że klub ustalił już z Napoli sumę odstępnego (3mln funtów) tosam Rossi nie zgodził się na transfer. Na kolejny sezon, ten w którym zostałzawieszony na 2 lata, wylądował więc na wypożyczeniu w Perugii. Do momentuwypłynięcia skandalu zdążył strzelić dla klubu 13 bramek w 28 meczach.Tuż przedzakończeniem kary Juventus odkupił Rossiego od Vicenzy za skromne 600 tys.funtów. Okazało się to strzałem w dziesiątkę, nie tylko ze względu na 1,15mlnczystego zysku, ale także z perspektywy piłkarskiej. Jeszcze przed pierwszymmeczem w biało-czarnej koszulce stał się jednym z najbardziej pożądanych piłkarzyna świecie. A wszystko to dzięki genialnemu występowi na wspomnianych wcześniejmistrzostwach świata.Po przyjeździe doTurynu ‘Pablito’ zdobywał kolejne trofea – w 1983 roku Puchar Włoch, w 1984Scudetto i Puchar Zdobywców Pucharów, a w pamiętnym 1985 dołożył swoje trzygrosze do zdobycia Pucharu Europy. Po tym sukcesieponownie zmienił klub. Wybrał Milan, jednak tam był już tylko cieniem królastrzelców mundialu i genialnego napastnika z czasów gry w Starej Damie. Wsezonie 1985-86 strzelił dla Rossonerich tylko dwa gole i jego wyjazd naMistrzostwa ?wiata w 1986 roku miał bardziej wymiar psychologiczny niżpiłkarski. Po powrocie z Meksyku został sprzedany do Verony. Mimo, że miałwówczas tylko 29 lat miasto Romea i Julii okazało się ostatnim portem w jegopiłkarskiej karierze. Ponownie dały o sobie znać kontuzje. Ostatnim meczem wjego karierze było zwycięstwo 3-0 nad przyszłym mistrzem Włoch – Napoli, wktórego składzie grał już Diego Maradona. Trzeba więc przyznać, że było tomistrzowskie pożegnanie z footballem.Imię i nazwisko:Paolo RossiMiejsce i data urodzenia: Prato, 23/9/56Pozycja: NapastnikDebiut w Serie A: Perugia 2-0 Como, 9/11/75 Ostatni mecz w Serie A: Verona 3-0 Napoli, 12/4/87 Kluby:1975 - 1976 Como 1976 - 1977 Vicenza 1978 - 1981 Perugia 1981 - 1985 Juventus 1985 - 1986 AC Milan1986 - 1987 Verona Trofea klubowe (zdobywane tylko z Juventusem): 1982 Mistrzostwo Włoch 1983 Puchar Włoch1984 Puchar Zdobywców Pucharów1985 Superpuchar Europy1985 Puchar Europy Osiągnięcia z reprezentacją: 1978 Mistrzostwa świata w Argentynie: 3miejsce (3 gole)1982 Mistrzostwa świata w Hiszpanii:Tytuł Mistrzów ?wiata (6 goli)1986 Mistrzostwa świata w Meksyku:ćwierćfinałOsiągnięcia indywidualne:215 spotkań w Serie A, 82 bramki48 spotkań w reprezentacji, 20 bramek Najlepszy Piłkarz Europy 1982
0
757
Człowiek z Kamieni(a).

Człowiek z Kamieni(a).

Sezon 2003/2004 to jeden z najgorszych koszmarów ostatnichlat. Juventus nie zdobył żadnego trofeum, a w międzyczasie utracił bezpowrotnieczęść swojej historii. Skończyła się era Agnellich, dokonano zmiany klubowegoherbu, dla kibiców Starej Damy było to istne trzęsienie ziemi. Na jedną zmianęmy kibice byliśmy jednak przygotowani, wiedzieliśmy, że po 11 latach po razdrugi i prawdopodobnie ostatni żegnamy Marcello Lippi’ego, Grande Marcello,człowieka, który dorównał samemu Giovanni’emu Trappattoni i legendarnemu CarloCarcano. Wiadomo było, że skoro odchodzi jeden z trzech najlepszych trenerów whistorii La Vecchia Signora to znalezienie jego godnego następcy będziegraniczyło z cudem. Pamięć o pierwszym odejściu Marcello, kiedy to jego miejscezajął Carlo Ancelotti nie napawała optymizmem. Juventus zajął wówczas tylkosiódme miejsce w Serie A , a w Lidze Mistrzów Carletto dał wszystkim przedsmakfinału, który nastąpi 6 lat później, i dał sobie wyrwać pewne zwycięstwo nadManchesterem United. Po tej porażce włodarze Juve jeszcze chwilę wytrzymali zAncelottim, ale po kolejnych rozczarowaniach oddali stery trenerowi„przejściowemu” Mircee Lucescu. Dlaczego przejściowemu? Ponieważ czekano na... powrótGrande Marcello.Mając taki bagaż doświadczeń Triada wiedziała, że musizatrudnić kogoś wybitnego, wręcz gwarantującego sukcesy. Nie mógł to byćPrandelli, bo mimo że był kandydatem niemal idealnym to brakowało mu wdotychczasowej karierze klasowego zespołu. Jak się okazało nie mógł być totakże Deschamps, ponieważ prawdopodobnie stwierdzono, że potrzeba kogoś kto jużtrenował we Włoszech. To piekielnie trudne zadanie powierzono, według plotek zwoli zmarłego Umberto Agnelli’ego, innemu byłemu piłkarzowi La Vecchia Signora,a mianowicie 58 letniemu Fabio Capello, człowiekowi, który poznał już smaktriumfu w Serie A i Europejskich Pucharach z obu najważniejszych perspektyw:piłkarza oraz trenera. Ale nim do tego doszło Don Fabio musiał przejść bardzodługą drogę. I nie chodzi tu o niemal 400km dzielące Pieris, miasto rodzinneCapello od Turynu czy Mediolanu, gdzie osiągnął największe sukcesy.Wszystko co w jego życiu związane z piłką zaczęło się bardzowcześnie bo już w rodzinnym Pieris. Jest to niewielkie miasteczko pomiędzyTriestem a Udine, w północno-wschodnich Włoszech, którego liczba mieszkańcównie przekracza 1200 osób. A mimo to z „Kamieni” (Pieris to po Włosku właśnie„kamienie”) pochodziło aż 15 zawodników najlepszej ligi świata, jaką jestwłoska Serie A. To imponująca statystyka. Młody Fabio uczył się tam rzemiosłapiłkarskiego pod czujnym okiem ojca oraz w miejscowej drużynie amatorskiej. Otojak te czasy wspomina obecny trener Juventusu:"Pieris to było boisko przy drodze i łowienie ryb w Isonzona wędkę zrobioną z parasola. Łapaliśmy klenie, które ja i mój przyjaciel Bertonazywaliśmy rekinami. Z Pieris pamiętam zimny wiatr wiejący najsilniej w lutym.Wtedy chowaliśmy się za wałami rzeki, zawsze z procami. Kiedy miałem 14 lat,wyjechałem."Wyjazdem, o którym mówiCapello były przenosiny do Ferrary. Jednak grzechem byłoby nie wspomnienieokoliczności, w jakich do tego doszło. Otóż, gdy Fabio grał w Pieris wypatrzyłogo niemal jednocześnie aż trzech różnych działaczy. Pierwszy zgłosił się trenerSPAL Ferrara – Paolo Mazza. I to z nim Guerino Capello - ojciec Fabio - uzgodniłtransfer opiewający na dwa miliony....lirów (na dzisiejsze pieniądze to ok.1100 Euro). Kolejnym trenerom nie pomogły nawet sławne nazwiska jakie nosili:Vyckpalek czy Viani. Ten ostatni tworzył wówczas potężny Milan, potężny nietylko na skalę włoską ale także europejską. O młodym Capello twierdził, że makompas w nogach, jednak mimo to Guerino nie zmienił swojej decyzji i odprawił Giposłowami: "Przykro mi. Dogadałem się już z przedstawicielami Spal. Dałemim słowo. Moje słowo." Młody Fabio zawsze zgadzał się z wolą ojca, jakwspomina:"Kiedyś, gdy miałem 4 lata kazał mi skoczyć z 10-metrowegourwiska do morza i skoczyłem, chociaż nie umiałem dobrze pływać."Tym razem także nieprotestował, więc jego przejście do Milanu musiało zostać przełożone na kolejnelata. Teraz czekała go mglista i upalna Ferrara.Tu wkraczał w dorosłeżycie, także piłkarskie. Z początku grał w zespole Primavery, jednak jużpodczas drugiego roku pobytu w Ferrarze zaliczył występy w pierwszym zespole,który to występował wówczas w najwyższej klasie rozgrywkowej we Włoszech -Serie A. Tym samym autobusem,którym młody Fabio jeździł na uczelnię (gdzie studiował geometrię), do szkołydojeżdżała młodziutka Laura, która w przyszłości została jego żoną. W FerrarzeCapello rozpoczął także inną wieloletnią i trwającą do dzisiaj znajomość. Jakmówi sam Fabio, poznany wówczas Edy Reja - to jego jedyny przyjaciel ze światapiłki nożnej (w przeszłości trenował m.in. Cagliari a teraz walnie przyczyniasię do powrotu S.C Napoli do piłki na najwyższym poziomie).Wróćmy jednak do osobysamego Capello. Podczas gdy on grał i studiował jego SPAL spadł do Serie B.Jednak Paolo Mazza szybko wprowadził swój zespól z powrotem do pierwszej ligi.W momencie tego powrotu 19 letni wówczas Capello był już jednym znajważniejszych zawodników w kadrze. Utrzymanie się w kolejnym sezonie SPALzawdzięczał głównie jemu. Dostrzec można to było już rok później, kiedy SPAL zmuszone było grać bez swojego najlepszego pomocnika. Zespół spisywał sięponiżej krytyki i czekała go kolejna wycieczka do Serie B. Powrót do walki oScudetto nie nastąpił do dzisiaj. Powodem, dla którego SPALgrał bez Capello był... jego transfer do Romy, za 250mln lirów. A tak tęprzeprowadzkę po latach wspomina sam zainteresowany: "Rzym? Oślepiający -inaczej nie umiem tego określić. Zwiedzałem go pieszo, prowadzony przezprzyjaciela, Rubensa Ricci’ego, nie-rzymianina zakochanego w tym mieście. No bojak się w nim nie zakochać? Dzielnica Trastevere nie była jeszcze wtedyprzybytkiem dla turystów. Mieszkali tam wspaniali ludzie. Jadałem u Brazz’iegoi w Alla Balduin’a. W tym czasie zacząłem interesować się polityką."Pierwszy sezon w Rzymie tojednak sezon stracony. Capello nękany był przez kontuzje i zagrał jedynie w 11 spotkaniach.Drużyna trenera Oronzo Pugliese mimo wielu wzmocnień podczas Mercato spisywałasię znacznie poniżej oczekiwań. Będąc na początku sezonu jednym z głównychkandydatów do Scudetto, na jego końcu, ta drużyna pełna gwiazd, znalazła siędopiero na dziesiątej pozycji. Wystarczy popatrzeć na dzisiejszy InterMoratti’ego i każdy zrozumie jak wielkie było to rozczarowanie. W Wiecznym Mieścieznaleziono jednak w końcu trenera na miarę zawodników, którymi miał kierować -przybył wielki Helenio „mag” Herrera. Mimo nieudanego poprzedniego sezonuCapello zyskał uznanie w oczach nowego trenera. Jak sam mówi: "Jakogracz zawdzięczam mu wiele. Uwierzył we mnie. Nauczył mnie wielu rzeczy. Dziękiniemu dojrzałem taktycznie." Jednaksytuacja samej Romy niewiele się poprawiła. Niewiele, bo dokładnie o dwa oczka- w kolejnym sezonie zespół zajął ósmą pozycję w lidze. Nadzieje na sukcesdawało jednak wygranie Coppa Italia. A było to wówczas trofeum trudne dozdobycia. Najpierw Roma o dwa punkty wyprzedziła w grupie (9 grup po 4 kluby,awansuje 8 zwycięzców grup z najwyższą liczbą punktów) były klub Capello –SPAL. W półfinale wyeleminowała Brescie Calcio 0-1 i 3-0 by w grupie finałowej(4 drużyny, każdy z każdym mecz i rewanż) w 6 meczach zanotować 3 zwycięstwa i3 remisy, które dały trzy punktową przewagę nad drugim Cagliari i tytułzdobywcy Pucharu Włoch. „Kropkę nad i” w tym triumfie postawił 25 letni jużCapello, strzelając 2 bramki w ostatnim meczu przeciw Foggi (3-1). Zwycięzca tych rozgrywek wtamtych czasach stawał do walki o Puchar Zdobywców Pucharów, drugich podwzględem elitarności po Pucharze Europy rozgrywek na poziomie europejskim. Iwłaśnie po to trofeum pewnymi krokami zmierzała Roma w kolejnym sezonie. Wpółfinale trafiła jednak na klub z Polski - Górnika Zabrze. Pomimo golistrzelonego przez Capello zarówno we Włoszech jak i na wyjeździe, Giallorossimnie udało się awansować. Dwa rezlutaty po 1:1 spowodowały dogrywkę w Zabrzu. Tateż nie przyniosła rozstrzygnięcia, a w rzucie monetą, który decydował o awansieszczęście stało po stronie Polaków. W tym samym sezonie na krajowych boiskachkolejne rozczarowanie – Roma zajęła dopiero jedenaste miejsce w lidze. Cośmusiało się zmienić i tak też się stało. Odszedł stary zarząd, a nowyzrezygnował z usług takich piłkarzy jak Spinosi, Landini i... Capello. Tenostatni jednak nie musiał długo szukać nowego klubu. Od razu zgłosił się poniego wielki Juventus z Turynu.„Przeprowadzka doTurynu była jak zmiana filmu kolorowego na czarno-biały.” - mawiał Capello i trudno się z tym nie zgodzić. Inie chodzi tu o same stroje, w których grają Juventini, ale także o miasto,które w przeciwieństwie do Rzymu jest „mało atrakcyjne, ciemne i ponure”Jednak to właśnie tu czekało na niego miejsce wpodstawowej jedenastce, jedenastce ustalanej przez...Cestmira Vyckpalka, tegosamego, który kilka lat temu próbował go pozyskać z Pieris do drugoligowego Marzotto.I podobnie jak w Rzymie, w klubie z Turynu stał się pierwszoplanową postacią. Wpierwszym sezonie nie zdobywa jednak nic. Juventus w lidze zajmuje dopieroczwarte miejsce a w ostatnim w historii Finale Pucharu Miast Targowych pechowoprzegrywa z Leeds United w dramatycznych okolicznościach. Mecz w Turynierozgrywany był dwa razy, ponieważ za pierwszym razem przerwano go w 55 minucieprzy stanie 0-0 z powodu bardzo obfitych opadów deszczu. W powtórzonym dwa dnipóźniej spotkaniu padł remis 2-2. Niestety w Leeds Juventus zremisował 1-1 iPuchar powędrował do Anglii. W kolejnym sezonie było już jednak znacznie lepiej:Juventus zdobył Scudetto, a Fabio Capello zaliczył swój debiut w SquadraAzzurra. Wszedł na drugą połowę meczu z Belgami zastępując Bertiniego. Coprawda Włosi przegrali ten mecz 1-2, jednak sam Capello pokazał się z takdobrej strony, że kolejne mecze rozpoczynał już w pierwszym składzie.Kolejny sezon to kolejneScudetto, drugie w karierze, i drugie z Juventusem. Niestety po raz kolejnyniepowodzeniem zakończyła się kampania w europejskich pucharach. Juventus znówdotarł do finału (tym razem Pucharu UEFA) jednak tam nie dał rady w Belgradzielepiej dysponowanemu Ajaxowi Amsterdam i przegrał 0:1 . Bramka padła w pierwszychminutach meczu, a Juventus prezentujący wówczas bardzo defensywny styl gry, niepotrafił doprowadzić do wyrównania. Za sprawą Capello ten sam rok - 1973przeszedł do historii Squadra Azzurra. Włosi zagrali wówczas z Anglikami naWembley i odnieśli jedyne w historii spotkań zwycięstwo w twierdzy footballu.Padł wynik 0:1, a jak nie trudno się domyślić autorem jedynego trafienia byłwłaśnie piłkarz z Pieris.Capello zdobył z Juve wsumie trzy Scudetto (ostatnie w sezonie 74/75) jednak te 6 lat spędzonych wTurynie nauczyło go nie tylko zwyciężać, ale i przegrywać. Od tego czasu zpokorą przyjmował wyniki osiągane przez kluby, w których grał, bądź trenował. Gdy do Juve zawitał wielkiGiovanni Trappattoni okazało się, że dla Capello nie będzie już miejsca wturyńskiej jedenastce. Fabio zmuszony był odejść na tygodnie przed nastaniemwielkiej ery Juventusu Trapa.Wybrał AC Milan, w którymw owym czasie grał legendarny już Giani Rivera. W Mediolanie zdobył jednaktylko jedno trofeum – Coppa Italia. W klubie spędził całe cztery sezony, jednaktylko połowę z nich jako zawodnik podstawowego składu. Po dwóch beznadziejnychsezonach postanowił zakończyć swą przygodę z piłką. Rozbrat nastąpił nastadionie klubu, który w znacznym stopniu wypromował młodego kiedyś zawodnika –na Stadio Olimpico. Nie był to jednak mecz przeciwko Romie, a przeciwko jejlokalnemu rywalowi - Lazio. Zespoły, które stanęły naprzeciw siebie wostatniej kolejce, mimo że zajeły 3 (Milan) i 13 (Lazio) pozycję pozwalające nautrzymanie, zostały karnie zdegradowane do Serie B z powodu tzw. aferyTotonero. Jak widać Capello dobrze wiedział kiedy zakończyć karierę.Mimo wspomnianych problemówpozostał jednak w klubie. Zaczął trenować najmłodszą grupę wiekową AC Milantzw. Alievi. Sezon później trenował już nieco starszych Beretti, z którymizdobył małe scudetto. Ten sukces otworzył mu drzwi do Primavery, którą trenowałprzez kolejne pięć sezonów. Udało mu się jednak jedynie dotrzeć do finałuMistrzostw Włoch oraz zdobyć Puchar Włoch. Mimo to, już w 1986 roku zostałasystentem pierwszego trenera Milanu -Nilsa Liedholma, pod którego rozkazami znajdował się niegdyś jako piłkarz.Zapytany kiedyś o nazwisko trenera, który go czegoś nauczył bez wahania wskazałwłaśnie na Szweda: „W wieku 30 lat, kiedy myślałem, że już nie mogę byćlepszy, on nauczył mnie wiele nowego.” Jużkilka miesięcy później zastąpił swojego nauczyciela. W kwietniu 1987 Milanspisywał się tak źle, że Liedholm złożył rezygnacje , a zarządowi na stanowiskopierwszego trenera polecił 40 letniego wówczas Capello. Fabio dograł z zespołemsezon do końca i zajął piąte miejsce. Dawało to jednak szanse na awans doeuropejskich pucharów, wystarczyło wygrać baraż z szóstą Sampdorią. Sztuka tasię udała...i było to ostatnie osiągniecie Capello na ławce trenerskiej wlatach 80-tych, ponieważ wkrótce potem zrezygnował z prowadzenia piłkarzy: „Jużnie będę trenował zespołów piłkarskich. Chciałbym zostać menadżerem."Berlusconi wiedział, żenie może wypuścić takiego skarbu, dlatego spełnił zachciankę byłego trenera imianował go menadżerem Societa Sportiva Mediolanum. Tam, dość zaskakująco,Capello świetnie się sprawdził. Jego działania przyczyniły się między innymi dozdobycia mistrzostwa Włoch przez Rugbystów Milanu, jedynego drużynowego tytułu,jakiego do tej pory brakowało Rossonerim.W międzyczasie we Włoszechw 1990 roku odbyły się Mistrzostwa ?wiata. Włosi grali wyśmienicie. Niestety w półfinale z Argentynąprześladował ich ogromny pech i w końcowym rezultacie odpadli w karnych (3:4).Jednak styl jaki pokazali pozwolił zachować posadę trenerowi AzeglioVicini’emu. Jak się okazało nie na długo. Po tej porażce nie potrafił onodbudować drużyny i po przegranym awansie do Euro 92’ nastąpiła zmianaselekcjonera. Nowym trener został....Arigo Sacchi, zwalniając miejsce na ławcetrenerskiej AC Milan.Ito był ten moment: 19 czerwca 1991 roku Fabio Capello został oficjalnieprzedstawiony jako następca Sacchiego. Na zwołanej wówczas konferencji prasowejpowiedział: "Jestem dumny, że mogę kontynuować pracę ArrigoSacchiego, najodważniejszego trenera na świecie.”I zaczęło się. Milan grałjak z nut. W pierwszym sezonie doszło do niesamowitego wydarzenia: prowadzonyprzez niego klub nie przegrał w ciągu sezonu ani jednego spotkania. PiłkarzeCapello strzelili o 29 bramek więcej niż drugi w tabeli Juventus, przyjednoczesnej obronie lepszej o jedną straconą bramkę mniej. Dwadzieścia dwazwycięstwa i 12 remisów dało przewagę 8 punktów w końcowej tabeli. Wynik iściemistrzowski, biorąc pod uwagę, że w tamtych czasach za zwycięstwo przyznawanotylko dwa punkty.Kolejny sezon to tylkodwie przegrane w lidze i drugie Scudetto. Milan nie zachwycał już tak jak w pierwszym sezonie, ale mimo to wygrałzdecydowanie, wyprzedzając Inter o 4 punkty.Trzeci sezon Capello wMilanie przejdzie do historii Calcio. Dawno nikt nie widział takiej przemianyzespołu z sezonu na sezon. Nie chodzi tu o piłkarzy ale o styl. Drużyna, któraprzez 2 lata strzelała najwięcej bramek w całej lidze (kolejno: 74 i 65) naglezaczęła prezentować styl niezwykle defensywny. W 34 spotkaniach podopieczniCapello strzelili jedynie 36 bramek aż o 22 mniej od Juventusu, który zająłdrugie miesjce w tabeli. Drugie, ponieważ mimo tak skromnego dorobku bramkowegopierwszy znowu był Milan. Drużyna Capello straciła jedynie 15 bramek i zebrawszy 50 punktów mogła się cieszyć ztrzeciego z rzędu Mistrzostwa Włoch. Jednak w tamtym sezonie Milan zadziwiałnie tylko we Włoszech, ale i w całej Europie.Zaczęło się skromnie, wpierwszej rundzie Pucharu Europy zespół prowadzony przez Capello męczył się zesłabym Fc Aarau i w dwumeczu wygrał jedynie 1-0. Jednak już kolejna runda,wygrana w sumie 7-0 z FC Kopenhaga uświadomiła wszystkich, że Milan będzie jednymz głównych pretendentów do zdobycia pucharu. W fazie grupowej Capello zagrał wtypowo włoskim, ale też i własnym stylu. Aż cztery remisy i tylko dwazwycięstwa dały jednak awans z pierwszego miejsca, z przewagą jednego punktuprzed FC Porto. W półfinale Milan zmierzył się z AS Monaco - drugim zespołemgrupy A (którą ze zdobyczą 10 punktów wygrała Barcelona). Pewne zwycięstwo 3-0zostało jednak okupione ogromnym kosztem. Za żółte i czerwone kartki w finalenie mogli zagrać Franco Baresi oraz Allessandro Costacurta, ówczesne gwiazdyMilanu, jedni z najlepszych obrońców tamtych czasów. Wydawało się, że bez tychdwóch ogniw ogranie znajdującej się w wyśmienitej formie Barcelony (3-0 w półfinalez FC Porto, Barca tydzień przed finałem zdobywa Mistrzostwo Hiszpanii) jestkompletnie niemożliwe. Szczególnie, że Milan mimo zwycięstw nie prezentował siędobrze. Duży, dodajmy, że negatywny, wpływ na to miały zgrupowania SquadraAzzurra, przygotowującej się do mundialu w USA. Capello miał więc utrudnionezadanie, praca z niepełnym zespołem często prowadzi do późniejszychnieporozumień na boisku.Wtedy jednak objawił sięprawdziwy geniusz Fabio Capello. Zmuszony do roszad w składzie stawia na dośćzaskakującą linię defensywną: w środku wystawia Filippo Galli’ego i Christiana Panucci’ego, na lewym skrzydle oczywiście Paolo Maldini,na prawym Mauro Tassotti. Jak się okazało był to mur nie do przejścia. Capelloi jego piłkarze znaleźli sposób nawet na genialnego Christo Stoiczkova. Milanspokojnie i z pokorą odpiera ataki rywali, a sam zadaje decydujące ciosy. Jestich aż cztery. Skazywany na porażkę ogrywa faworyzowaną Barcelonę jak dzieci zpodwórka. 4-0 po jednym znajpiękniejszych finałów w historii rozgrywek. Milan kompletuje Scudetto iPuchar Europy, jedynym niepowodzeniem jest Puchar Interkontynentalny, którydrużyna Capello przegrywa w Tokio z Velez Sarsfield, jednak o tym wydarzeniurzadko się wspomina. Milan był wtedy wielki i żadna przegrana tej wielkościzszargać nie mogła.Przedostatni rok Capello wMilanie to dopiero czwarte miejsce w Serie A. Liga się kończy, jednak Milannadal ma nadzieje na uratowanie sezonu. Capello po raz drugi z rzędu doprowadzaklub do finału Pucharu Europy. Jednak tym razem przegrywa ze wspaniałymmłodzieńczym polotem Ajaxu Amsterdam Luisa van Gaal’a. 24 maja 1995 Milanprzegrywa w Wiedniu 0-1 jednak mimo braku sukcesów Capello może być pewien swejposady. Rok później na jego trenerskim koncie są już cztery tytuły MistrzaWłoch, wszystkie trafiają do Mediolanu. Sam Capello jednak opuszcza miasto, atakże same Włochy. Spowodowane jest to nieporozumieniami z wiceprezydentemMilanu - Adriano Gallianim, który chciał mieć zbyt duży wpływ na politykękadrową zespołu. Udaje się do Hiszpaniigdzie obejmuje posadę trenera najbardziej utytułowanego zespołu w historii europejskiej piłki– wspaniałego Realu Madryt. Gdy tam przychodzi Real wspaniały jest tylko nakartach historii. Co prawda dwa lata wcześniej zdobył Mistrzostwo Hiszpanii,ale to mało jak na ten klub. Capello odbudowuje, ściaga Panucciego, ustawiazespół po swojemu czyli po włosku, defensywnie. Real, jak piszą gazety „wnudnym stylu” wygrywa Primera Division, do tego dorzuca jeszcze PucharHiszpanii. Capello jednak odchodzi. Powodem są złe stosunki z prezydentemSanz’em. Po raz kolejny poszło o politykę personalną: "Za wszelką cenęchciał, żeby grał jego syn. Nie toleruję wtrącania się w moją pracę. Gdyby nieto, zostałbym w Madrycie. Lecz odchodzę."Rok później w jednym zwywiadów Capello udzielił jeszcze jednej, tym razem bardziej stonowanej wypowiedzina temat przygody w Madrycie: „Kiedy podejmowałem tam pracę, zamierzałempozostać przynajmniej do końca trzyletniego kontraktu. Potem jednak pojawiłysię problemy w kontaktach z prezydentem Sanzem i równocześnie otrzymałematrakcyjną ofertę od prezydenta Milanu - Silvio Berlusconiego, któremuzawdzięczam swą całą karierę trenerską. To dzięki niemu jestem fachowcem znanymi szanowanym na całym świecie. Dlatego trudno było odmówić, kiedy Milan znalazłsię w tak ciężkim kryzysie. Dostałem również propozycję pracy w InterzeMediolan, ale nigdy nie mógłbym odejść do rywala Milanu z tego samego miasta.”Tak jak do Interu nietrafił nigdy, tak do Milanu aż dwa razy. Ten drugi pobyt nastąpił właśnie posezonowej ‘wycieczce’ do Hiszpanii. Silvio Berlusconi, gdy tylko dowiedziałsię, że ‘jego’ trener znowu jest wolny od razu zaproponował mu powrót nastanowisko szkoleniowca Milanu. Capello zgodził się, zastrzegając sobie pełnądowolność w doborze składu. Nie był to jednak już ten sam Milan. Pod nieobecnośćFabio odeszło wielu piłkarzy, a zespół, jako Mistrz Włoch, w Serie A zająłdopiero 11 miejsce.Niestety, nawet powrótCapello nic tutaj nie pomógł. Drużyna była w rozpadzie. Nowym zawodnikom niepodobały się metody pracy trenera legendy. Nie pomogło tutaj nawetzaangażowanie starszych piłkarzy, którzy to właśnie dzięki Capello niegdyśstali się gwiazdami. To był kolejny stracony sezon Milanu, a zarazem najgorszemiejsce, jakie Capello zanotował na swoim koncie w swojej trenerskiej karierzeaż po dziś dzień.Po tak gorzkiej porażcenikogo nie zaskoczył fakt, że Capello postanowił zniknąć ze świata piłki.Nie pozwolono mu jednakdługo odpoczywać. Już po roku zadzwonił do niego Franco Sensi, właściciel Romy.Zespół ten sezon wcześniej zajął piąta pozycję w lidze, jednak jego ambicjesięgały znacznie wyżej. Do tego potrzebny był trener wybitny, dlatego teżCapello po raz kolejny musiał się przeprowadzić. Nie bez powodu mówi się, żewszystkie drogi prowadzą do Rzymu. Don Fabio zawędrował tam już po raz drugi:wcześniej jako piłkarz, teraz został trenerem Giallorossich. Pierwszy sezon pod jegowodzą rozczarował, mimo że rozgrywki zaczęły się dobrze. Roma wygrywała istrzelała mnóstwo goli. Długo utrzymywała się w czołówce, ale końcówka nie byłajuż tak dobra, a na domiar złego tytuł zdobył rywal zza miedzy – Lazio. Wszyscyzastanawiali się gdzie podział się geniusz trenera, który niegdyś w ciągusześciu lat zdobył pięć tytułów mistrzowskich, Puchar Europy i puchary krajowe.Franco Sensi stwierdził jednak, że i tak nikogo lepszego nie znajdzie i dałCapello szansę na wykazanie się w kolejnym, drugim już, sezonie. To był strzałw dziesiątkę. AS Roma po osiemnastu latach od ostatniego zwycięstwa, po raztrzeci w historii, mogła świętować zdobycie Scudetto. Drużyna prowadzona przezFabio Capello, tak często krytykowanego za defensywny styl gry, po raz kolejnyna koniec sezonu miała największą ilość strzelonych bramek – 68 . Duża w tymzasługa wspaniałego zakupu Don Fabio - Gabriela Batistuty (za drobne 30mln EUR), który zdobył w sezonie aż 20 bramek.Kolejny sezon znów byłudany, jednak tym razem drugi przed rokiem Juventus okazał się lepszy o 1 punkti Mistrzostwo pojechało do Turynu.Sezon 2002/2003 to druginajczarniejszy rok w karierze trenerskiej Fabio Capello. Wicemistrzowie Włochzajmują dopiero ósmą lokatę tracąc do Juve Marcello Lippi’ego aż 23 punkty. Wkolejnym roku to jednak Fabio Capello był wyżej niż Grande Marcello. Romawyprzedziła Juventus o 2 punkty, niestety bezkonkurencyjny okazał się MilanAncelottiego i to właśnie zawodnicy z Mediolanu mogli się cieszyć, że wkolejnym sezonie będą nosić na koszulkach flagę Italii.Roma była wicemistrzem,ale w klubie źle się działo. Nad Stadio Olimpico zawisła groźba bankructwa.Jedną z jej ofiar stał się Fabio Capello, któremu rodzina Sensich nie wypłacałana czas należności za jego pracę i sukcesy. Pozwalało to trenerowi na odejściez klubu bez żadnych konsekwencji jeszcze przed wygaśnięciem kontraktu. Tak teżzrobił. Wielu za to odejście obwinia przyszłego pracodawcę Capello, jednak wrzeczywistości wyglądało to nieco inaczej: „Rozstałem się z bliskimi miosobami w pokojowej atmosferze, w tym z rodziną Sensich. To nie była ucieczka.Miałem w planie wyjazd do Hiszpanii”Na nieszczęście któregoś zzespołów Primera Division i ku uciesze największej we Włoszech grupy kibicówCapello pozostał jednak w Italii. Przeniósł się do ostatniego ze znaczącychklubów, w którym grał jako piłkarz, a którego jeszcze nie trenował – JuventusuTuryn. Było to o tyle zaskakujące, że kilka miesięcy wcześniej twardo zarzekałsię, że nigdy nie podejmie pracy u turyńskich gigantów: ”Nigdy nie podejmę pracy w Juve. Wiem, że wszyscy poszliby tam nawet nabosaka, ale nie ja!”Jak pisałem we wstępie,plotki mówią, że do zmiany zdania skłoniła go informacja jakoby zatrudnienie gojako następcy Grande Marcello było ostatnią wolą Umberto Agnelli’ego. Na pewnosporo w tym przesady, ale wkład ostatniego z rodu Agnellich w sprowadzenieCapello na Delle Alpi musiał być ogromny, skoro takie pogłoski się pojawiły.Decyzja musiała także zapaść dość nagle, ponieważ wcześniej z tą posadą łączenibyli dwaj inni byli piłkarze Juventusu: Cesare Prandelli oraz Didier Deschamps.Ten ostatni był już tak pewnym kandydatem, że w zespole pojawił się nawetpiłkarz, którego Deschamps chciałby mieć w zespole – Olivier Kapo.Zdecydowano się na tegonajbardziej doświadczonego i jak się okazało takiego trenera brakowałoJuventusowi. Korzystając z nowych nabytków: Cannavaro oraz Zebiny zestawił nowąlinię obrony. Formacja, która była piętą Achillesową zespołu w zeszłym sezonie,w tym okazała się nie do przejścia dla większości rywali i zarazem kluczem dosukcesów. W środku pola rządził Emerson, który był podstawowym graczem Capellojeszcze z czasów Rzymskich. W pierwszym sezonie w Turynie, Capello wsławił siętym, że pod jego wodzą odrodzili się Lilian Thuram, a przede wszystkim MauroCamoranesi, który został najlepszym prawym pomocnikiem Serie A. W pomocy nowytrener ustawił jeszcze niezawodnego Pavla Nedveda oraz Manuele Blasiego, którego w końcówce sezonu zacząłzastępować powracający do formy Appiah.W ataku brylował najlepszydebiutant – Zlatan Ibrahimovic, którego Capello chciał sprowadzić jeszcze doRzymu, ale dopiero w Turynie, ku uciesze kibiców Juventusu, te plany siępowiodły. Ostatnia pozycja w ataku wywoływała wiele kontrowersji. Fabio miałswoją wizję jak przywrócić do świetności Alessandro Del Piero, jednak, żepolegała ona na ściąganiu gwiazdy Juve z boiska w niemal każdym spotkaniu,spotkało się to z bardzo chłodnym przyjęciem ze strony kibiców. Wydarzenia podkoniec sezonu uświadomiły jednak wszystkim, dlaczego to trener, a nie kibicedecyduje o sprawach personalnych w zespole. W ostatnich kolejkach to Alex byłnajwiększą gwiazdą i postawił kropkę nad i dwudziestego ósmego ScudettoJuventusu, a pierwszego za czasów Fabio Capello. Drużyna, której po raz kolejnyzarzucano zbytnie wyrachowanie i ostrożność, w końcowym rozrachunku okazała sięnajbardziej bramkostrzelną ekipą w całej lidze włoskiej. Tylko kampania w Lidze Mistrzów zakończyła się kolejnym niepowodzeniem.Sezon 2005/2006 rozpoczął się jak zwykle od spektakularnych transferów, znów wyraźnie na polecenie Dona. Za 20mln Euro do klubu dołączył Patrick Vieira, a oprócz niego inny defensywny pomocnik - Giuliano Giannichedda. Przyszli oni na miejsce sprzedanego do Fenerbache Appiaha oraz wypożyczonego na rejs Żółtą Łodzią Podwodną Tacchinardiego. Pozostałe trasnfery jak choćby Giorgio Chelliniego to raczej efekt samodzielnej polityki Luciano Moggiego.Mimo, że transfer Vieiry tylko na początku sezonu wydawał się opłacalny to jednak, mimo słabszej gry Francuza Juventus bił kolejne rekordy zdobyczy punktowych. Nie przeszkodziły w tym też ani kontuzje Buffona i Trezeguet, ani słaba forma Zlatana. Juventus był maszyną do wygrywania i nikt nie mógł się z nim równać, niestety znów tylko na krajowych boiskach. Sukces, którego oczekiwano od Capello znów nie przyszedł. Zaczęły się plotki o kolejnych wzmocnieniach, takich jak przybycie Gerrarda czy Henry'ego, które miały pomóc Capello dopiąć nieosiągalnego dla niego od 12, a dla Juventusu od 10 lat celu. Niestety afera Calciopoli zniszczyła te budowane od wielu lat plany podboju Europy. Fabio Capello z sobie tytlko znaną "elegancją" opuścił klub, i historia dwuletniej współpracy zatoczyła koło. Mimo to, dziękujemy.
0
620
Claudio Gentile

Claudio Gentile

Urodził się 27 maja 1953 roku, w stolicy Libii - Trypolisie. W barwach Juventusu zadebiutował 2.12.1973 w spotkaniu przeciwko zespołowi Hellas Verona. Miał wtedy zaledwie 20 lat. Ghedaffi był wychowankiem piemonckiej drużyny z miejscowości Arona. Po jednym sezonie gry w serie D, Claudio przeniósł się do drugoligowego zespołu Varese. Gra w drugiej lidze zaowocowała transferem do wielkiego klubu. Klubem tym był nasz Juventus Turyn. Dla starej damy, Gentile grał przez jedenaście sezonów. Zawsze był ważnym elementem zespołu. Wraz z takimi graczami jak Scirea czy Cabrini stanowił o sile linii defensywnej, Juventusu lat 70 i 80. Aż do roku 84. Wtedy to fani Starej Damy musieli pożegnać Claudio, który udał się do Florencji, aby grac w barwach tamtejszej Fiorentiny. Po 3 sezonach w fioletowej koszulce, genialny obrońca odszedł na piłkarską emeryturę do grającej w Serie B Piacenzy. Wszystko, co osiągnął w klubowej piłce, zawdzięcza Juve. Zagrał dla nas 414 razy, strzelając 10 bramek Gentile był sześciokrotnie mistrzem Włoch, dwukrotnie miał w rękach Puchar Włoch. Na Europejskiej arenie także odnosił sukcesy. Jego pierwszym europejskim trofeum był Puchar UEFA, zdobyty w 1977 roku, w meczu przeciwko Athletic Bilbao. Siedem lat później Juventus pokonał Porto w spotkaniu o Puchar Zdobywców Pucharów. Było to ostatnie europejskie trofeum Claudio. Oprócz świetnej gry w barwach klubowych, Gentile był także podporą reprezentacji Italii. Trudno wyobrazić sobie mistrzostwo świata w 1982 roku, czy czwarte miejsce Azzurrich w Argentynie w 1978, bez Gentile w obronie. Jego przygoda z reprezentacja zaczęła się 2 Czerwca 1978 roku, kiedy to Azzurri podejmowali  Francje. Włosi wygrali wtedy 2:1, a Gentile mógł się cieszyć ze swojego pierwszego występu. Dla Azzurrich zagrał 70 razy, strzelając jedną bramkę. Zaliczył 33 zwycięstwa, 23 remisy i 16 porażek. Siedem z tych spotkań zagrał na mistrzostwach w Argentynie, sześć w 1982 na stadionach największego państwa półwyspu Iberyjskiego, Hiszpanii. Claudio Gentile słynął ze swojej brutalności na boisku, która tak często wypominają mu jego wrogowie. Gentile zawsze chciał osiągnął postawiony sobie cel i nie przebierał w środkach. W spotkaniu Argentyna-Włochy z mistrzostw świata w Hiszpanii, obrońca miał za zadanie kryć Diego Armando Maradonę. Żeby nie pozwolić mu strzeli bramki, Gentile faulował go 11 razy w samej pierwszej połowie! W spotkaniu z Brazylia, w 41 minucie podarł koszulkę reprezentantowi Canarinhos, sławnemu Zico. Mimo wszystkich złych opinii fanów innych zespołów, Gentile byl bardzo pewnym punktem kazdego zespolu, któreqo barwy reprezentował. Na zawsze powinien pozostać w pamięci kogoś, kto uważa się za kibica Juventusu Turyn. Zrobił dla Starej Damy więcej, niż wielu innych bardziej znanych graczy. Obecnie Claudio Gentile trenuje reprezentację młodzieżową Włoch, w kategorii do lat dwudziestu jeden.  
0
538
Giovanni Agnelli - Patriarcha Turynu

Giovanni Agnelli - Patriarcha Turynu

Kombinacja pieniędzy i siłyCzłowiek, którego imię będzie nosił nowy, przebudowany stadion Juventusu urodził się 12 Marca 1921 roku w stolicy Piemontu - Turynie jako syn bogatego, włoskiego przedsiębiorcy Edoardo Agnelli i Burbońskiej księżniczki Virginii del Monte. Jednak to nie rodzice  wywarli największy wpływ na życie Giovanni'ego Agnelli. Swoje wychowanie oraz pozycję społeczną zawdzięczał  przede wszystkim dziadkowi - Giovanni'emu Agnelli Seniorowi - założycielowi Fabbrica Italiana Automoboili Torino, której skrót - FIAT stał się symbolem włoskiej motoryzacji.FatumGiovanni nigdy nie musiał martwić się o swoją sytuacje materialną. Przedsiębiorstwo dziadka przynosiło ogromne zyski, rodzina stawała się powoli nieformalną monarchią, powoli jednak  dawało o sobie znać także ciążące na niej fatum. W 1935 roku w katastrofie lotniczej ginie ojciec  - Edoardo Agnelli. Staje się jasne, że bezpośrednim spadkobiercą FIATa będzie jego najstarszy syn - Giovanni. Taka pozycja, w szanowanej na całym już świecie rodzinie, pozwoliła młodemu Gianniemu na zawarcie kilku bardzo interesujących znajomości. Zaczął podróżować po świecie z księciem Ranieri z Monaco, a przebywając w Holywood związał się z popularną aktorką Ritą Hayworth. Pomimo dość swawolnego trybu życia, znalazł także czas na edukację. Jego wybór padł na prawo na Uniwersytecie Turyńskim, dlatego w późniejszych latach przez wielu nazywany był L'Avvocato - czyli Adwokat. Ambitne plany przerwała jednak wojna. W 1941 roku Giovanni wstąpił do wojska. Nawet tam nie rozstał się jednak z motoryzacją - był czołgistą na Froncie Wschodnim oraz w Afryce. Z wojny wrócił na długo przed jej zakończeniem. 25 lutego 1943 roku po raz pierwszy formalnie związał się z FIATem - został wice-prezesem zarządu.  Początek roku 1945 to kolejna tragedia w rodzinie Agnelli. W wypadku samochodowym ginie matka - Virginia del Monte . To smutne wydarzenie stało się przełomowym w życiu Giovanni'ego. W tym okresie znalazł się pod skrzydłami swego dziadka, który zaczął przygotowywać go na swojego następcę: "Masz nazwisko, ale na prawdziwy autorytet musisz  sam zapracować". Choć edukacja nie trwała długo - Agnelli Senior zmarł w grudniu tego samego roku - to lekcja o autorytecie na zawsze pozostała w pamięci wnuka. Dziadek miał też znaczący wpływ na kolejne, bardzo burzliwe i obfitujące w najdziwniejsze historie lata życia Gainniego. Na łożu śmierci wyznaczył wnukowi roczne stypendium w wysokości miliona dolarów wraz z rada: „Wyszalej się przez kilka lat”. Gianni zamieszkał na francuskiej Rivierze. Miał do dyspozycji wspaniały jacht i samolot. I szalał. Mimo śmierci dziadka, L'Avvocato musiał jeszcze długo poczekać na swoją kolej w zarządzaniu firmą. Po kilku szaleńczych latach zaczął wykorzystywać ten czas na ustatkowanie się. W 1953 roku poślubił przepiękną Marellę Caracciolo, córkę księcia Caracciolo di Castagneto duca di Meleto  Małżeństwo to było jednym z najbardziej znanych i lubianych zarówno w kręgach arystokratycznych jak i przez zwykłych Włochów. Giovanni i Marella mieli dwójkę dzieci - Edoardo i Margheritę, jednak żyły one z dala od rodzinnego zgiełku. Margherita zajęła się sztuką i pisarstwem. Ma ósemkę dzieci, to jej synem jest John Elkann obecny wiceprezes Fiata .Edoardo natomiast podążył w jeszcze bardziej zaskakującym kierunku. Studiował i praktykował mistycyzm, w 2000 roku, z niewyjaśnionych przyczyn, popełnił samobójstwo. Fatum ciążące nad rodziną Agnelli po pięćdziesięciu latach powróciło.Turyński sternikPowodem dla którego Giovanni musiał czekać ponad dwadzieścia lat na przejęcie władzy we FIATcie była skomplikowana sytuacja we Włoszech po II Wojnie ?wiatowej. Giovanni Agnelli Senior, zmuszony do rezygnacji za popieranie faszystów, powierzył bowiem kierowanie firmą osobie spoza rodziny. Vittorio Valletta był głównym menadżerem FIATa od 1921 roku, a jeszcze przed śmiercią swojego  przełożonego, zajął stanowisko prezesa. Dopiero w 1966 w wieku 83 lat zrezygnował z pełnionej funkcji. Wtedy to rozpoczął się nowy okres w historii turyńskiego koncernu. Po dwóch dekadach przerwy za sterami FIATa znowu stał potomek Turyńskiego rodu.Dogonić świat, wyprzedzić przeciwnikówNowy prezes bardzo cenił zasługi swojego poprzednika. "Był inicjatorem odrodzenia i wzrostu potęgi FIATa" -powiedział o Vittorio Agnelli - "Przypominał i oswajał mnie z faktem, że same zyski General Motors będą większe niż nasza sprzedaż". W działaniach Giovanniego było widać odzwierciedlenie tych słów. Nigdy nie próbował zrobić z FIATa największej firmy na świecie, zdawał sobie sprawę , że to już niemożliwe. Zainwestował więc swoje pieniądze w inne branże. Stał się właścicielem 45 różnych firm i spółek od tak odległych od motoryzacji jak prasa czy przemysł spożywczy, po całkiem bliskie - jak wyścigi samochodowe. Marzeniem Gianniego było przeobrażenie słabo spisującego się wówczas Ferrari w najlepszy zespól Formuły 1 na świecie. Dyrektorem generalnym mianował Luce di Montezemolo (obecnie prezes Fiata), niezwiązanego z klanem Angelli, 26-letniego menadżera, którego traktował niczym rodzonego syna. Sam jednak również wpływał na losy najsłynniejszej sportowej marki świata. Mało kto wie, że to Giovanni Agnelli skłonił Michaela Schumachera, późniejszego 5-krotnego Mistrza ?wiata Formuły 1 do wstąpienia w szeregi Ferrari.Początek wielkiej pasjiWyścigi F1 nie były jednak jedyną dziedzina sportu w jaką inwestował Gianni. Pochodził z Turynu, jak każdy Włoch kochał Calcio, jego rodzina posiada dwie trzecie udziałów w Juventusie Turyn. Wyboru więc nie było. A wszystko zaczęło się od...kłopotów samego Juventusu. Po wyrzuceniu poprzedniego prezydenta klub był w bardzo słabej kondycji finansowej. Jeden z piłkarzy Bianco-Nerich, wiedząc o miłości Edoardo Agnelli do Starej Damy, postanowił złożyć mu propozycję zostania nowym prezydentem. Najpierw sam Edoardo, a później także jego ojciec, w znacznej mierze pomogli klubowi zarówno wydając pieniądze na piłkarzy takich jak Rosetta czy Hirzer, jak i  dzięki mądremu zarządzaniu utrwalając wizerunek jego solidności. Rodzina Agnelli stała się nieodłączną częścią Juventusu i tylko kwestią czasu było, kiedy jego najwierniejszy kibic - Giovanni przejmie schedę po ojcu i dziadku.Biało-czarne serce czyli początek nowej eryMiłość do biało-czarnych barw była mu wpajana od najmłodszych lat. Seniorzy rodu zabierali go na treningi, na których poznawał osobiście wszystkich piłkarzy, oraz na mecze, które pomogły zrozumieć mu unikalność tych zawodników, unikalność "stylu Juve". A trzeba przypomnieć, że w tych czasach było na co popatrzeć. Między latami 1930-1935 Juventus zdobył pięć kolejnych tytułów Mistrza Włoch. Ta piękna era zakończyła się w roku śmierci jego ojca. To wtedy, już jako piętnastolatek miał okazję związać się z klubem, który chciał mieć w zarządzie kolejnego z przedstawicieli rodu Agnelli. Giovanni Senior wiedział, że serce wnuka jest w biało-czarne pasy, jednak postanowił, że lepiej będzie jeśli jeszcze przez kilka lat w spokoju będzie się przygotowywał do roli, do której został niejako namaszczony. Gianni posłuchał dziadka. Stał z boku wszystkich spraw związanych z turyńskim klubem, jednak mimo to starał się poznać je wszystkie od środka, być wciąż na bieżąco. Już wtedy widać było jego ogromne zainteresowanie i zaangażowanie. Nic więc dziwnego, że po tym jak w 1947 roku w wieku 26 stanął na czele Juventusu, stał się jedną z najważniejszych, o ile nie najważniejszą postacią tego klubu w drugiej połowie XX wieku. 22 lipiec 1947 - tę datę należy zapamiętać. Tego dnia w Juventusie, rozpoczęła się nowa era, era firmowana nazwiskiem Giovanni Agnelli. I nie chodziło tu tylko o pieniądze pochodzące z kieszeni Adwokata. Gianni był wielkim fanem Starej Damy i pomimo stanowiska jakie zajmował stawiał siebie na równi z innymi juventini: "Ludzie chodzą na stadion by się dobrze bawić. Ja się bawię tak samo jak inni". Fotel prezesowski pozostawił później bratu Umberto, a potem Vittore Catelli, Giampiero Boniperti’emu i Vittorio Chiusano, ale za kulisami nadal zajmował się Juventusem i był ciągle jego najwierniejszym kibicem, wymagającym krytykiem, ponadto obserwatorem środowiska piłkarskiego i zachodzących w nim zmian.Rzeczywistość ujęta w słowaJuventus był dla niego odskocznią od problemów związanych z Fiatem. Tu był w swoim żywiole, zajmowanie się sprawami klubu było dla niego najlepszym relaksem. Nie było takiego transferu, w którym Gianni by nie uczestniczył. Co prawda, ostatnie słowo zostawiał zawsze menadżerom, jednak jego wpływ na każdą decyzję był ogromny. Całkiem prawdopodobne, że gdyby nie Gianni,  w koszulkach w zebrę nigdy nie zobaczylibyśmy  takich piłkarzy jak Roberto Bettega, Claudio Gentile, Gaetano Scirea , Dino Zoff, Fabrizio Ravanelli, Roberto Baggio ,Alessandro Del Piero czy też  Michel Platini. Ten ostatni był jednym z największych sukcesów Adwokata, który sprowadzenie go uważał za biznes swojego życia. Oczywiście jak zwykle nie miał na myśli wartości tylko pieniężnej. Można sądzić, że Platini był jego ulubionym piłkarzem.  Na swoje osiemdziesiąte urodziny, poza najbliższą rodziną zaprosił tylko dwie, jak to nazwał „ jedyne osobistości świata": Henry'ego Kissinger'a i właśnie genialnego Francuza. Po jego ostatnim meczu 17 maja 1987 roku Giovanni Agnelli powiedział: "Dziś mamy smutny dzień, kolejny kawałek czasu, który przemija i odchodzi. Platini zostanie zapamiętany jako jeden z największych Juventusu. Jak Sivori".  Gianni zapytany kiedyś co mu daje szczęście w życiu odparł, że „możliwość patrzenia na grę Platiniego przez choćby 10 minut”. Takich zaskakujących wypowiedzi zafundował dziennikarzom przez lata bardzo wiele, jednak każda z nich wspaniale trafiała w sedno sprawy. Miały charakter prawie wyroków, osądów osób i techniki graczy tworzących historię  Nie brakowało w nich też poczucia humoru. Gdy po sprowadzeniu Zidane'a do Turynu ten spisywał się poniżej oczekiwań, zadzwonił z zażaleniem do Michela Platini'ego, że sprzedano mu nie Zizou, a jego kiepską kopię. Gdy Francuz pokazał na co go stać na boisku, Gianni dalej sobie z niego żartował: "Wzięliśmy Zidane'a bo pomoże nam sprzedać więcej samochodów do Francji i Algierii". Jego ulubioną bronią była ironia, której używał jednak tylko gdy koniecznym było załagodzenie sytuacji lub subtelne naświetlenie zaistniałego problemu. Słynna stała się jego wypowiedź po obejrzeniu pierwszego meczu na Delle Alpi. Wszyscy wówczas mówili wprost, że trybuny są za daleko, że to przeszkadza w oglądaniu widowiska. Każdy, ale nie Gianni, on powiedział krótko: "Nie będziemy więcej brali niskich, z trybun ich nie widać".Pewnego dnia na pytanie dziennikarza - "Dziś wygra lepszy czy może Juventus?" -  który chciał sprawdzić jak bardzo ślepa jest wiara Gianniego w ukochany klub,  z dumą odpowiedział: "Jestem szczęściarzem, często te dwie rzeczy pokrywają się." Piłka nożna nie była jednak jedyną sferą komentowaną przez Avvocato. Dziennikarze wręcz czekali na możliwość zacytowania prezesa Fiata w sprawach kultury czy polityki. Kiedy został poproszony o skomentowanie oświadczenia najbardziej skruszonego z mafii Tomasso Buscetta, Agnelli oświadczył: "Buscetta powiedział, że był obsesyjnie kibicem Juventusu? Jeśli go spotkacie powiedzcie mu, że to jedyna rzecz, której nie musi się wstydzić". Jego docinki nie oszczędziły nawet Franco Zeffirellego (reżysera „Poskromienia złośnicy” czy też „Romeo i Julii”) : "To wielki reżyser. Ale kiedy mówi o piłce nożnej nie mogę go nawet słuchać". Na osobny rozdział zasługują riposty Avvocato na temat miłości i kobiet. "Pytacie mnie czy kiedyś byłem zakochany? Zakochują się tylko kelnerki" odpowiedział 30 lat temu grupie amerykańskich dziennikarzy. "Poznałem wiernych mężów, którzy byli najgorszymi mężami. I poznałem mężów niewiernych którzy byli najlepszymi mężami Te dwie rzeczy niekoniecznie idą w parze" powiedział przy innej okazji. Warty wspomnienia jest  dialog z liderem socjaldemokratów Giuseppe Saragata, który podczas ceremonii w Rzymie wiedząc o zamiłowaniach Gianni’ego powiedział: -„Drogi Agnelli, teraz gdy jest Pan prezesem Fiata, nie może Pan dłużej adorować dziewcząt" -„W takim razie składam rezygnację” odpowiedział natychmiast Agnelli zawstydzając Saragata. Na ten sam temat wartą do zapamiętania jest także ta oto osobista maksyma: "Ludzie dzielą się na dwie kategorie: Tych, którzy rozmawiają o kobietach i tych, którzy rozmawiają z nimi. Ja wolę nie rozmawiać o kobietach".Pomimo tak humorystycznego komentowania spraw czasem  nawet bardzo ważnych oraz wielu romansów  Włosi darzyli go bezgranicznym zaufaniem. Popularne wśród nich było powiedzonko: „Jeśli Agnelli mówi że będzie padało, to nawet jeśli jest środek lata  właśnie zanosi się na deszcz" Ważną postacią w życiorysie Gianniego, szczególnie dla polskiego kibica, jest Zbigniew Boniek. Po wspaniałym występie Zibiego na Mistrzostwach ?wiata w Hiszpanii Agnelli zapragnął sprowadzić go do Turynu. Transfer napotkał wiele problemów, jednak kto jak kto, ale Gianni zawsze potrafił dopiąć swego. Trudy się opłaciły, piłkarz ten był strzałem w dziesiątkę. Wraz z Michelem Platinim stworzył wspaniały duet, który zdobył dla Starej Damy wiele tytułów. Na jednej z konferencji prasowych Zbigniew Boniek usłyszał chyba największy komplement swojego życia. Gianni wskazał najpierw na Platiniego i powiedział: „To jest mój najlepszy piłkarz za dnia", a po chwili odwróciwszy się w stronę Bońka dodał: „A to mój najlepszy piłkarz nocą". Gianni słynął z nadawania przydomków piłkarzom, każdy kibic wie kto kryje się pod pseudonimami Pinturicchio, Coniglio Bagnato (Mokry królik) czy właśnie Bello di Notte (Piękno nocy). Potrafił także patrzeć na swój klub okiem obiektywnego obserwatora. W 1950 roku przyleciał z Nowego Jorku do Turynu na mecz z Milanem. Juve przegrało 1:7. Pytany o komentarz, Agnelli powiedział: „Milan grał tak pięknie, że mnie ręce rozbolały od bicia brawo. A jeśli chodzi o brzydki faul pod koniec meczu - Agnelli i Juventus przepraszają”. Znał „Starą Damę” dziesiątki lat, podczas których miał do czynienia z kilkoma pokoleniami pierwszych „jedenastek”. Pytany o Juventus święcący tryumfy z trenerem Lippim powiedział: „To już nie to, co w czasach Platiniego czy przed wojną. Teraz drużyna jest jak kanclerz Kohl: solidna, świetnie zorganizowana, ale przewidywalna”. Aż strach pomyśleć co by powiedział, gdyby żył, o poczynaniach Fabio Capello.Anioł stróżKażdego ranka o godzinie 6:00 w siedzibie Juventusu dzwonił telefon. To ten, jakże zajęty i zabiegany człowiek, jakim był Giovanni Agnelli, pomimo ogromu obowiązków, niezależnie gdzie się wtedy znajdował i co robił, codziennie wykręcał ten sam numer i przeprowadzał krótką rozmowę z prezydentem klubu. Wypytywał się dosłownie o wszystko od samopoczucia piłkarzy po taktykę na kolejny mecz. Dzwonił także do trenerów i zawodników. Zapytany kiedyś o to Giovanni  Trapattoni odrzekł:  „To nieprawda, nigdy nie dzwonił do mnie o 5 rano. Zawsze o 6.30” Bianco-Neri mieli swojego dobrego ducha, patrona który czuwał nad nimi dzień po dniu. Każdy z piłkarzy wiedział, że gdzieś na tym świecie jest człowiek, dla którego warto było zostawić ostatnią kroplę potu na murawie. L'Avvocato dawał natchnienie piłkarzom, działaczom oraz fanom turyńskiego zespołu na całym świecie. Wszyscy mogli spać spokojnie, wiedzieli, że póki jest Gianni klubowi nic nie grozi. Echo ciszy, czyli koniec ery.24 Stycznia 2003 roku umilkł telefon w siedzibie Juventusu, dwa dni później w hołdzie umilkły stadiony we Włoszech oraz serca kibiców na całym świecie. Era dobiegła końca. Oby jej echo nigdy nie umilkło.PogrzebPonad 150 tys. osób oddało hołd przed trumną Giovvani’ego Agnelli w Turynie, kilkanaście tysięcy osób uczestniczyło w uroczystościach pogrzebowych oklaskami żegnając odjeżdżającą do Villar Perosa, miejsca ostatniego spoczynku trumnę z ciałem tego wielkiego Włocha. O jego wielkości niech świadczy to, że na pogrzebie odczytano przesłanie Papieża Jana Pawła II do rodziny zmarłego, w którym nazwał go „wybitną postacią w chwilach ważnych dla historii Włoch, która potrafiła swoją przedsiębiorczością przyczynić się do szerzenia dobra”. Oto inne wypowiedzi znanych osobistości na temat Giovanniego Agnelli: Księżna Marella Caracciolo di Castagneto, żona Adwokata: „Kiedy przyjeżdżali jego ukochani piłkarze, w mgnieniu oka z potężnego biznesmena przemianiał się w małego chłopca. Wychodził im podekscytowany na spotkanie i przez kilka dni miał tylko w głowie jedno: piłkę nożną i Juve” Michel Platini:„Pozostaje mi smutek, który przerodzi się w melancholię. Odchodzi część przeszłości mojej, ale także Włoch. Jego wielkość jest równa jego prostocie, nauczył mnie wiele, przede wszystkim szacunku do życia" Giovanni Trapattoni: „Potrafił niesamowicie treściwie i przenikliwie oceniać ludzi, nie tylko piłkarzy.” Zinedine Zidane:„Smutno mi. Agnelli pozostanie w moim sercu i za każdym razem gdy go wspomnę , poczuję ukłucie w sercu".Paolo Rossi: „Moje pierwsze wspomnienie o Gianni’m? Kiedy dzwonił do mnie wcześnie rano, że by dowiedzieć się jak się miewam. Oczywiście zawsze mnie budził." Marcello Lippi:„Chcę pamiętać, że chciałby z nami świętować trzecią gwiazdę dla Juventusu. Kto wie, kto mu ją podaruje, jednakże z pewnością dojrzy ją z nieba" Dino Zoff: „Zaraz po ostatnim scudetto gdy składaliśmy sobie gratulacje był zadowolony bo poradziłem mu Buffon’a i to był zwycięski wybór. Niezależnie od swojej charyzmy Avvocato miał dar do zjednywania sobie rozmówców, był osobą dyskretną”.  Jose Altafini: „To była wspaniała osoba. Jestem pogrążony w głębokim smutku. Kiedy był prezesem w Juventusie zostałem zaproszony do jego domu, nigdy nie dał odczuć swojej potęgi.” Marco Tardelli, wówczas trener Bari, dzisiaj członek Zarządu Juventusu: „Gianni Agnelli był jednym z największych Włochów wszechczasów, wszyscy odczujemy brak jego elegancji i stylu.” Claudio Gentile, dziś trener drużyny U21,podpora obrony "najpiękniejszego Juventusu wszechczasów", wspomina: "Odszedł kawałek historii Juventusu, jego Mistrzostw Włoch i pierwszych pucharów Europy. Pamiętam, że kiedy odwiedzał drużynę emanował niesamowitą charyzmą" Vittorio Chiusano wyjawia: „Pewnego razu po kupieniu Platiniego powiedział mi, że nie miał w tej sprawie najmniejszych wątpliwości. I dodał: mam nosa do mistrzów" Antonio Cabrini: „To smutny dzień dla świata piłkarskiego ponieważ Avvocato był autentycznym punktem zwrotnym w piłce nożnej. Dla niego Juve było jak córka, a on dla nas jak ojciec" Pippo Inzaghi: "Jestem teraz bardzo poruszony i wspominam Avvocato z wielkim uczuciem. W stosunku do nas piłkarzy był zawsze serdeczny". Alessandro Del Piero: „To on nazwał mnie Pinturicchio i to jest jeszcze jeden z powodów by czuć się dumnym z tego przezwiska i dawać z siebie wszystko co najlepsze. Potrafił oceniać i nigdy nie wypowiadał się nietrafnie.” Angeli Di Livio: „Fakt poznania w ciągu mojego życia Avvocato jest dla mnie powodem do wielkiej dumy. Pamiętam jaki był ciekawy piłki nożnej. Wszystkim zadawał wiele pytań i o wszystko się dowiadywał. Anegdota? Często podczas naszego treningu przelatywał nad nami w helikopterze. Nawet jeśli go nie widzieliśmy, wiedzieliśmy, że to on.” Antonello Cuccureddu: „Mam wiele wspomnień o Giovannim Agnelli, ale to co uderzyło mnie to jego powaga i prostota. Nigdy nie polemizował. W świecie piłki nie ma już takich ludzi...”
0
518
Antonio Cabrini

Antonio Cabrini

Przeciętny Włoch miasto Cremona kojarzy ze słynnym lutnikiem Stradivariusem. Włoch nieprzeciętny (czyt. Juventino) myśląc o Cremonie powinien powiedziec: Cabrini! To właśnie w stolicy lutnictwa, ósmego października 1957 roku, roku wysłania w kosmos przez Związek Radziecki pierwszego Sputnika, na świat przyszedł niepowtarzalny, Antonio Cabrini. Swoją seniorską, zawodową karierę, rozpoczynał jako szesnastolatek w barwach drużyny z rodzinnego miasta: Cremonese. Pierwszy sezon (1973-74) w barwach grigiorossich był przetarciem w dorosłym futbolu. Antonio zaliczył wtedy zaledwie 3 występy w Serie C. Kolejny sezon był już bardziej udany. Nasz bohater wystąpił w 26 spotkaniach, strzelając 2 gole. Właśnie te dwie bramki były zapowiedzią dość skutecznej gry Antonio, w dalszej fazie kariery. Od sezonu 74-75 tylko trzykrotnie zdarzało się, by Cabrini kończył rozgrywki bez gola na swoim koncie. Wspomniany sezon 74-75 był wyjątkowy, także poprzez pierwszy kontakt Antonio z Cesare Claudio Prandellim i Luca Bodinim, przyszłymi kolegami z Juve. Cremonese, mimo Cabriniego w składzie, nie zdołało awansować do Serie B, dlatego też, osiemnastolatek z Lombardii opuścił swój pierwszy piłkarski zespół i przeszedł do grającej w wyższej klasie rozgrywkowej, Atalanty Bergamo. W pierwszym i jedynym sezonie w Bergamo, zagrał aż 35 razy, co nie udało mu się w żadnym innym sezonie ligowym. Do tego dołożył trzecią bramkę w zawodowym futbolu. W tym samym czasie, w barwach Atalanty spotkał kolejnego, przyszłego Juventino, pomocnika Pietro Fanne, z którym przyjdzie mu dzielić miejsce w szatni Juve przez pięć sezonów. Atalanta Bergamo zawsze słynęła ze świetnego „szlifowania” piłkarskich diamentów. Wiele z nich trafiało do skarbca piłki nożnej, jakim niewątpliwie jest nasz ukochany Juventus Turyn. Nie dość wspomnieć Scireę czy Tacchinardiego. Kolejnym dziełem Atalanty, był lewy obrońca, Antonio Cabrini. Zadebiutował w barwach Juve, wygranym 2:0 meczem z Lazio, 13 lutego 1977 roku. „Il Bello”, czyli piękny, jako że ponoć wyróżniał się też urodą, spędził w najlepszym klubie świata, aż 13 sezonów. W tym czasie udało mu się zdobyć sześciokrotnie Scudetto, dwukrotnie Coppa Italia, Puchar Mistrzów, Puchar UEFA, Puchar Zdobywców Pucharów, Puchar Interkontynentalny i Piłkarskie Mistrzostwo ?wiata z reprezentacją Włoch. Przez te 13 pięknych lat, biało-czarną koszulkę zakładał aż 440 razy, strzelając 52 gole, co daje mu średnią jednej bramki na prawie 9 meczy! Wynik to przynajmniej ponad normę. W samej Serie A zagrał dla Bianconerich 297 razy, co daje mu 16 miejsce wśród wszystkich graczy Juve. W sezonie 1987-89 był nawet naszym kapitanem. Po zakończeniu swojej trzynastoletniej kariery w Juve, Cabrini odszedł do Bolonii. W drużynie z Regionu Emilia grał przez dwa sezony (89-90; 90-91). Mimo wszystko, nie możemy powiedzieć, żeby te sezony były dla niego nieudane. Wystąpił aż 55 razy, strzelił nawet jednego gola. Co chyba normalne w piłkarskim świecie, nie każdy wybitny gracz zostaje dobrym reprezentantem swojego kraju. Oczywiście Antonio taka sztuka się udała. Nie był dobrym reprezentantem, była genialnym graczem Squadra Azzurra. Jego przygoda w niebieskiej koszulce miała swój początek drugiego czerwca 1978 roku, kiedy to zaledwie 20 letni Antonio Cabrini, mający za sobą tylko 15 spotkań w Serie A, zagrał w meczu mistrzostw świata w Argentynie. Meczem tym, było spotkanie Italia-Francja. Zakończyło się ono wynikiem 2:1. Turniej w kraju Juana Perona i Diego Maradony nie zakończył się specjalnym sukcesem Azzurrich. Zaledwie czwarte miejsce, to nie był szczyt marzeń ekipy Enzo Bearzota, a szczególnie nie był to powód do dumy dla Italii. Cztery lata później mistrzostwa odbywały się na półwyspie iberyjskim, w Hiszpanii. Z tego właśnie turnieju, Włosi przywieźli swoje pierwsze od prawie 45 lat, Mistrzostwo ?wiata! To właśnie nasz Antonio Cabrini był kluczową postacią w spotkaniach z Brazylia, Argentyna (strzelił im gola) czy Niemcami. Mimo, ze w ostatnim nie udało mu się strzelić karnego, to zagrał świetnie, a Italia znowu była najlepsza. Po mistrzostwie zdobytym w 82 roku, nadszedł kolejny niezbyt przyjemny turniej, w Meksyku. Zmiana stref czasowych i klimatu nie wpłynęła dobrze na drużynę Bearzota i Włosi wrócili do domu już po meczu z Francja w 1/16 turnieju. Antonio zagrał, co prawda, we wszystkich 4 meczach, ale z powodu problemów z żołądkiem nie mógł dać z siebie wszystkiego. Na tym turnieju jego piękna reprezentacyjna kariera się kończy. Łącznie dla Azzurrich zagrał 73 razy, zaliczając 37 zwycięstw, 20 remisów i zaledwie 19 porażek. Do tego dorzucił 9 bramek. Jego odejście z reprezentacji dało w niej miejsce kolejnej legendzie Półwyspu Apenińskiego - Paolo Maldiniemu. Setki fachowców z całego świata uwielbia zachwycać się nad talentem słynnego Milanisty. Jego długa i bogata kariera spowodowała, że niemal wszyscy zapomnieli o genialnym Cabrinim -człowieku, od którego Maldini mógł się uczyć wszystkiego. Nikt przed nim i niewielu po nim potrafiło tak wspaniale grać na lewej obronie. Jego rajdy skrzydłem w biało-czarnej lub błękitnej koszulce mogą stanowić wzór gry skrzydłowego. Tymi rajdami, zakończonymi zawsze doskonałym podaniem, przez lata odmieniał losy najważniejszych spotkań piłkarskiego świata. Każdy fan Juventusu Turyn powinien się wstydzić, jeżeli nie słyszał jeszcze o Antonio Cabrinim. Piękny Antonio zrobił dla nas tak wiele, że zapomnieć o nim nie możemy…
0
496
Dzień, w którym zginął football

Dzień, w którym zginął football

Heysel - Stadion położony w północno-zachodniej części Brukseli w Belgii. Wybudowany w 1930. Rozgrywane były na nim finały Pucharu Europy w 1958,1966, 1974 oraz 1985 i Puchar Zwycięzców Pucharów w 1964, 1976 i 1980. Największa frekwencja wynosiła 66 tys. widzów w 1958r. Nazwę, na której wspomnienie, kibice Juventusu zaciskają pieści, jak i wygląd stadionu, zmieniono w 1995 roku. Nowa nazwa brzmiała Koning Boudewijnstadion - Stade Roi Baudouin (w tłumaczeniu Stadion Króla Baudouina ). Jest największym stadionem w Belgii, może pomieścić 50000 widzów. Na tym stadionie zostały rozpoczęte mistrzostwa Europy roku 2000. Oprócz ceremonii otwarcia, odbyła się jeszcze inna uroczystość, zdecydowanie mniej przyjemna, budząca straszne wspomnienia w umysłach ludzi będących świadkami wydarzeń 29 maja 1985 roku. Tragedii, która się wtedy wydarzyła, świat piłkarski nie zapomni, będzie służyć za przestrogę dla organizatorów, kibiców, całego społeczeństwa piłkarskiego, aby drugi taki horror się nie powtórzyl. To, co się wydarzyło 29 maja 1985 roku, zaczęło się niemalże rok wcześniej, podczas meczu finałowego Pucharu Europy w Rzymie. Rozgrywany on był 29 maja 1984r, między drużyną ze stolicy - AS Roma a Liverpoolem, miejsce potyczki wybrane zostało kilka miesięcy wcześniej, kiedy nie wiadomo było, kto zagra w finale. Los tak chciał, że wypadło na Rzym, kibice Liverpoolu przyjechali dopingować swoich piłkarzy, ale jak można było się tego spodziewać byli nieliczną grupą w porównaniu do miejscowych tifosich. Liverpool wygrał, lecz jego kibice zostali zaatakowani później przez włoskich ultrasów, wielu z nich było uwięzionych w hotelach i pozostawionych przez przewoźników mających zawieźć ich z powrotem na lotnisko. Miejscowa policja nie paliła się do pomocy ofiarom napaści, działali powolnie i nieskutecznie na skutek czego kibice Liverpoolu musieli zasięgnąć pomocy w Brytyjskiej ambasadzie. Tak narodziła się chęć zemsty, zalążek nienawiści, podbudzanej i dojewajacej wraz z upływem czasu, aby po roku wybuchnąć i doprowadzić do tragedii. Poranek 29 maja 1985 roku, Bruksela: na mieście panują pomniejsze zamieszki, policja Belgijska zamiast zamykać i izolować prowodyrów zajść, jak najszybciej stara się doprowadzić wszystkich kibiców na stadion. Takie czynności były jednym z wielu czynników, który doprowadził do horroru mającego rozegrać się wieczorem. Nikt nie wiedział, kto zasiada na trybunach, nikt nie był legitymowany, kibice kupowali bilety "na czarno" albo wchodzili na stadion przez zniszczone ogrodzenie. Niemożliwe było rozpoznanie najbardziej niebezpiecznych i znanych policji huliganów, mogli oni zająć miejsca na trybunie, jakie im się żywnie podobały. Dzięki nieudolności służb porządkowych niemożliwa była kontrola nad tłumem. Wynik był widoczny dwie godziny przed meczem, najgroźniejsze grupy angielskich huliganów zebrały się w jednym miejscu na stadionie. Były to nie tylko bojówki Liverpoolu, znajdowały się tam również grupy takie jak: Luton MIGS, Millwall Bushwackers, West Ham ICF oraz Toon Army z Newcastle. Po meczu w Rzymie, niesnaski między tymi klubami zostały przesunięte na drugi plan, została tylko chęć krwawej zemsty. Juventus miał doznać pełnej siły furii "chuligańskiej elity" z Wysp. Samo wydarzenie najlepiej przedstawiają słowa Michela Platiniego, strzelca jedynej bramki tego meczu, z rzutu karnego po faulu na Zbigniewie Bońku. Jest to fragment jego książki, której część poświęcił na opis tej tragedii. Przedstawiam jego słowa w wersji niezmienionej, aby nie zatracić wymowy tekstu Michela: „Heysel przypomina beczkę prochu." Na trybunie „Z” zasiedli nasi kibice. Na „X” Anglicy. Pomiędzy nimi trybuna „Y” przeznaczona dla Belgów mająca spełnić rolę parawanu. Tak jest zawsze na takich meczach. Organizatorzy chcą za wszelką cenę uniknąć konfrontacji między kibicami obydwu zespołów. Ten sposób odgradzający dwie trybuny można porównać do kadłuba wielkiego statku. Pozwala on, w swym założeniu, na uniknięcie zbiorowej bójki między rywalizującymi ze sobą kibicami, których i tak trzeba często rozdzielać i tropić na ulicach miasta. Tej środy, 29 maja- ja w blezerze i pod krawatem- godzinę przed meczem wyszliśmy na boisko Heysel, by rozpoznać stan murawy. Towarzyszyły nam owacje Włochów i złowrogie okrzyki Anglików. Normalka. Wróciliśmy do szatni by przygotować się do meczu. Panowała zupełna cisza. Pełna koncentracja. Puchar Europy to jedyne trofeum, jakiego brak jeszcze w zdobyczach turyńskiego klubu. Wystarczający powód by żyć dla setek tysięcy kibiców. Lub umrzeć, jak głoszą słowa klubowego hymnu. Trybuny się zapełniają. Na „Z” powiewają biało-czarne flagi. Na „X” – „czerwone zwierzęta” (red animals). Liczna grupa najbardziej zajadłych kibiców Liverpoolu rozpoczyna pierwsze bojowe śpiewy. W podróży z Liverpoolu do brzegów kontynentu towarzyszyły im zastępy „bobbies” (brytyjska policja), skutecznie uniemożliwiając jakiekolwiek incydenty na wyspie. Ale już w Ostendzie, Zeebrugge czy w Dunkierce kontrola nad 20-tysięczną armią brytyjskich kibiców przebiegała mniej skutecznie. Sądzono widocznie, że ryzyko jest niewielkie: trybuna „Y” zarezerwowana dla Belgów, miała odgrywać rolę bufora. Przed bramą stadionu dochodzi do pierwszych awantur. Banda chuliganów rozbija witrynę jubilerskiego sklepu i umyka z łupem 10 milionów franków belgijskich. Nikt ze sprawców nie został aresztowany. Belgijska policja jest nadzwyczaj dyskretna. Podczas gdy my w szatni koncentrujemy się, trybuna „Y”, ta „buforowa” zaczyna się wypełniać. Nic nadzwyczajnego. I tylko jeden szczegół: belgijscy kibice, to w rzeczywistości włoscy emigranci mieszkający w tym kraju. Mało skrupulatni organizatorzy nie wahali się sprzedać całości biletów na trybunę „Y” kibicom... Juve. Ważny jest też inny fakt. Kibice Liverpoolu nie mogą pomieścić się na swojej trybunie. Brakuje dla nich miejsc. Także dla tych, którym sprzedano fałszywe karty wstępu krążące wokół stadionu. I tak pijani w większości Anglicy starają się przedostać na trybunę „Y”, na której zasiedli już belgijscy Włosi, zajmujący najniżej położone miejsca. W większości są to spokojni, stateczni emigranci przybyli na stadion ze swoimi dziećmi... Pierwsi kibice Liverpoolu zajęli miejsca na samej górze trybuny „Y”. Na stadionie Heysel, trybuny „X”, „Y”, „Z” mają swoją nazwę „Bydlęcy park”. Stojące najtańsze miejsca. ”Bydlęcy park...” 19:30. 45 minut przed rozpoczęciem meczu rozpocznie się rzeźnia. Na trybunie „Y” koktajl gotowy do eksplozji jest na miarę lekkomyślności organizatorów. Kibice Liverpoolu schodzą z góry w stronę krat rozdzielających trybuny „Y” i „Z”. Po chwili wyłamują ogrodzenie. Dochodzi do pierwszych bójek. Czerwoni atakują biało-czarnych, posługując się wyłamanymi prętami i drzewcami klubowych flag. Tylko niektórzy z kibiców Juventusu odpowiadają na razy, rzucając się na napastników z gołymi pięściami. Ale bardzo szybko są zdominowani przez czerwoną falangę. Wybucha panika. By umknąć przed potopem „red animals” Włosi zajmujący trybunę „Z” zbiegają w dół, mając nadzieje znaleźć schronienie na płycie boiska. W górnych sektorach trybuny rozhisteryzowani kibice Liverpoolu atakują wszystko, co się rusza. Panika wśród uciekających Włochów jest tak wielka, że katastrofa jest już nie do uniknięcia. Dalszy ciąg wydarzeń można nazwać dramatem lub tragedią. Ze swym konduktem niewinnych ofiar Heysel pozostanie w pamięci wszystkich okrutnym symbolem. Symbolem piłki nożnej, sportu noszącego znamię szlachetności i dumy, który banda pijanych łobuzów chciała zniweczyć, zainteresowana bardziej rozróbami i krwią na trybunach niż rywalizacją na boisku. W Brukseli na tym przeklętym stadionie Heysel śmierć zapisała się na zawsze. Jak mogło do tego dojść? Mój boże, jak to było możliwe? Dwudziestu belgijskich policjantów, którzy mieli czuwać nad sytuacją, niepanujących nad przebiegiem zdarzeń, popełniło niewybaczalny błąd. Myśląc, iż mają do czynienia z niezdyscyplinowanymi kibicami pragnącymi wtargnąć na płytę boiska, zablokowali wszystkie wyjścia z trybun, zamiast umożliwić ludziom, ucieczkę z matni. Tłum kibiców jest sprasowany pomiędzy betonową ścianą i kratami. Pierwsze rzędy są prawie zmiażdżone pod naporem masy ludzkiej napierającej z góry. Nagle beton nie wytrzymuje. W tym samym momencie pękają też kraty, a na stalowe, sterczące pręty nadziewają się popychani z góry ludzie. Tragedia osiąga apogeum, ale na stadionie nikt jeszcze nie przypuszcza, że nie jest to zwykła, kibicowska burda, lecz że doszło do masakry. Nawet policjanci nie wiedzą jeszcze, co się stało. Część z nich zostaje oddelegowana do kontroli wchodzących na stadion kibiców. Ofiary pozostały w pułapce. W tej przerażającej matni każdy walczy o przeżycie, chcąc za pomocą pięści i nóg wydostać się ze śmiertelnego kręgu. W ciągu kilku sekund 38 osób poniosło śmierć. Piłkarskie święto przyjęło okrutny wyraz bezimiennej jatki. Natrętnie powracało wspomnienie igrzysk olimpijskich w Monachium i ich izraelskich ofiar. Ale na próżno. W Brukseli pijana, ślepa, niezorganizowana przemoc zniszczyła wszystko: życie tych, którzy wierzyli w wielkość futbolu. Zaledwie o kilka metrów dalej, na lewo od górnej trybuny, pięciu ludzi z Czerwonego Krzyża jest świadkami tragedii. Cóż mogą uczynić na widok dziesiątek wyciągniętych w ich kierunku rąk, rąk ludzi, którzy w oczach mają już tylko śmierć. 50 000 widzów na stadionie jeszcze nie ogarnia ogromu tragedii. Kakofonia trąb, śpiewów i hymnów skutecznie zagłusza przejmujące okrzyki tych, którzy dogorywają. Przez megafony słychać apele o spokój... I potem, powoli, widzowie zebrani na stadionie odkrywają istnienie zabitych i rannych. I w tym samym momencie tifosi przysięgli zemstę..." Jak widać ten wstrząsający obraz wrył się głęboko w pamięć tego piłkarza, w wywiadzie dla belgijskiego serwisu internetowego www.sporever.be powiedział: "Wole nie mówić o Heysel, to jest temat, na który nie rozmawiam. Ale musze wyznać ze nie byłbym fizycznie i mentalnie zdolny tam wrócić pewnego dnia" dodał również, że "Należy to już do przeszłości, lecz jest to głęboka rana, która nie może zostać wyleczona". Skutkiem tragedii było 39 osób zmarłych, wiele osób rannych i nieprzytomnych. Mecz rozegrano, rozwiązanie okrutne, lecz logiczne. O 21:39 rozpoczęto spotkanie, w pierwszej połowie gracze Juventusu wykazali się większą koncentracja, lecz wynik pozostawał niezmieniony. Dopiero w 57 minucie spotkania sędzia Daina, prowadzący ten mecz, wskazał na "wapno" po faulu na Zbigniewie Bońku. Późniejsze powtórki pokazały ze Gillespe (który zmienił Lawresona) sfaulował polskiego napastnika metr przed polem karnym, czego nie zauważył sędzia. Wykonawcą "jedenastki" był Michel Platini, strzał był pewny i przyniósł, zwycięskiego jak się później okazało, gola. Setny gol Juventusu w Pucharze Mistrzów, bramka, która dala pierwszy w historii tytuł klubowego mistrza Europy. Wygrał Juventus, lecz smak zwycięstwa był gorzki...bardzo gorzki. -Dzień po tragedii: Następnego dnia po tragedii, zostały złożone bukiety przy drzwiach włoskich restauracji w całym Liverpoolu. Oszołomieni kibice wrócili do domów nie mogąc pogodzić się z tym, czego byli świadkami tego wieczoru. W Brukseli, grupy kibiców były wypytywane przez policje, jednak stosunkowo mało oskarżeń udało się wytoczyć chuliganom. "Kibice" byli opisywani jako będący w "dzikim szale". Aby przesłuchać jednego krewkiego Anglika oddziały porządkowe musiały wystrzelić dawkę środka uspokajającego, odpowiadającą sześciokrotnej dawce potrzebnej do powalenia konia. Sam stadion był przerażającym obrazem. Połamane stalowe bariery a "włoski" koniec trybuny był pogięty i zmiażdżony, w budzącym grozę testamencie siły szarzy liverpoolczykow. Po tym wydarzeniu mówiono, że dzięki temu, iż jedna ze ścian stadionu uległa zburzeniu, nie pochłonęło ono wiele więcej istnień ludzkich. Reakcja władz piłkarskich była szybka pięcioletni zakaz uczestniczenia angielskich zespołów w europejskich pucharach a klub z Liverpoolu został od nich odsunięty na sześć lat. Lecz żadna kara nie przywróci życia tym 39 kibicom, którzy ponieśli śmierć w wyniku bezrozumnego napadu agresji i przemocy oraz 545 kibicom rannym, ocalałym od śmierci. Margaret Thatcher wraz z Elżbietą II wystosowały oficjalne przeprosiny do obywateli Belgii i Włoch. Serie akcji policyjnych przeczesujących środowisko chuliganów, przyniosły efekt w postaci aresztowań kilku "Generałów". W wyniku procesu, trwającego 5 miesięcy, który odbył się w 1989 r w Belgii, 14 "fanów" Liverpoolu udało się udowodnić "niebezpośrednie spowodowanie śmierci", dostali oni karę trzech lat pozbawienia wolności, polowa w zawieszeniu. Wielu z chuliganów będących odpowiedzialnymi za śmierć niewinnych ludzi, nigdy nie zostało oskarżonych i nie zapłacą oni żadnej ceny za swój krwawy udział w tragedii na Heyzelstadion. Dwudziestego dziewiątego maja 2000 roku w Liverpoolu dzwony zabrzmiały 39 razy, na cześć ofiar ślepej i bezmyślnej nienawiści, dnia, w którym zginął football. Kolejny raz przypomniano o tragedii z Heysel, składając kwiaty pod tablica pamiątkową, przypominającą tamten horror. Uroczystość miała miejsce na 90 minut przed meczem miedzy Włochami a Belgią podczas Euro 2000 na stadionie, którego mury, przebudowane w 1995 roku, były świadkiem mordu. Włosi po wyjściu z szatni sprawdzili murawę i w niebieskich strojach do rozgrzewki poszli w północno-zachodni róg stadionu, gdzie znajduje się prosta, brązowa tabliczka przypominająca tamten przerażający wieczór. Kapitan reprezentacji Paolo Maldini oraz Antonio Conte - kapitan Bianconerrich, złożyli w ciszy bukiety białych kwiatów. Po uroczystej chwili, drużyna oddaliła się do szatni, aby przygotować się do meczu. "Wciąż nazywam to zdarzenie 'Heysel'. Zbyt łatwo niektórzy próbują o tym zapomnieć, nie jest to w porządku. My chcemy pamiętać" - powiedział Maldini. Alessandro Del Piero wspomina ten majowy dzień, miał wtedy 11 lat, gdy zdarzenie miało miejsce. "Pamiętam ze grałem w piłkę, przed moim domem, czekając na rozpoczęcie meczu. Dziwiłem się, że to trwa tak długo. Kiedy dzwoniłem do rodziców z pytaniem czy już się zaczęło, odpowiadali mi żebym został na dole, chcieli abym nie widział scen śmierci. Obejrzałem mecz nie mając pojęcia, co było powodem opóźnienia, dowiedziałem się następnego dnia od moich przyjaciół." Włoska Federacja Piłkarska ogłosiła w oficjalnym oświadczeniu: "Epizod Heysel pozostanie czarną stroną dla piłki nożnej... gdy radość i sportowa pasja została zniszczona przez szaleńczą i niekontrolowana eksplozje przemocy". Wydarzenia te pozostaną na zawsze w pamięci tifosich, sprężyna nienawiści została naciągnięta. Kibice zaprzysięgli zemstę, miejmy nadzieje ze nie będzie to tak tragiczne w skutkach jak zemsta kibiców Liverpoolu za bijatyki w Rzymie. Może 38 Włochów i jeden Belg nie zginęli na darmo, miejmy nadzieję ze przez ten tragiczny epizod w historii piłki, kibice nabiorą respektu dla życia innych ludzi i nie będziemy musieli oglądać takich scen jak te z wieczoru 29 maja 1985 roku.Ofiary Heysel:Rocco Acerra (28)Bruno Balli (50)Alfons Bos (35)Giancarlo Bruschera (21)Andrea Casula (11)Giovanni Casula (44)Nino Cerullo (24)Artemio Moroni(24)Willy Chielens (41)Giuseppina Conti (17)Dirk Daeneckx (38)Dionisio Fabbro (51)Jaques François (45)Eugenio Gagliano (35)Francesco Galli (25)Giancarlo Gonelli (20)Alberto Guarini (21)Giovacchino Landini (50)Roberto Lorentini (31)Barbara Lusci (58)Franco Martelli (22)Loris Messore (28)Gianni Mastroiaco (20)Sergio Mazzino (38)Luciano Rocco Papaluca (38)Luigi Pidone (31)Benito Pistolato (50)Patrick Radcliffe (38)Domenico Ragazzi (44)Antonio Ragnanese (29)Claude RobertMario Ronchi (43)Domenico Russo (28)Tarcisio Salvi (49)Gianfranco Sarto (47)Amedeo Giuseppe Spolaore (55)Mario Spanu (41)Tarcisio Venturin (23)Jean Michel Walla (32)Claudio Zavaroni (28)
1
617

Panel Bloggera

Najnowsze Wpisy

Popularne wpisy

Kategorie Wpisów

Transfery
0 post(ów)
Calcio
2 post(ów)
Juventus
457 post(ów)
Inne
0 post(ów)
Squadra Azzurra
0 post(ów)
SoloJuve.com
0 post(ów)

Blog Kalendarz

Poczekaj chwilę, ponieważ właśnie szykujemy kalendarz dla Ciebie